![]() |
| Przedsmak widoków! |
Cudownie! Zaledwie jeden dzień trwała nasza rozłąka z Tatrami. Po pięknej choć niestety pochmurnej wędrówce w bezpośrednim towarzystwie Tatr Bielskich, dziś nastąpiło nowe rozdanie kart. Skorzystaliśmy z głównej zalety organizacji wypraw na własną rękę tj. dostosowaliśmy termin do aury. Tym samym, dojeżdżając do Zakopanego mieliśmy niemal stuprocentową pewność, że dzisiaj widoków już nie zabraknie...
Pasmo: Tatry Zachodnie (rejon Czerwonych Wierchów)
Trasa: Nędzówka
Staników Żleb
Wyżnie Stanikowe Siodło (1271 m)
Miętusi Przysłop (1189 m)
Wyżnia Miętusia Rówień
Kobylarz
Kobylarzowy Żleb
Czerwony Grzbiet
Małołączniak (2096 m)
Długość tej części trasy: 8,2 km
Przewyższenie: 1300 m
Czas przejścia: 4 h 30' (wraz z przerwami na zdjęcia, odpoczynki i podziwianie widoków)
Pogoda: wymarzona
Widoczność: bardzo dobra
Widoczność: bardzo dobra
A plany były piękne i ambitne. Zapragnęliśmy osiągnąć najwyższe partie Czerwonych Wierchów, w których nie było mnie już kilka lat. Ponadto, chcieliśmy wędrować możliwie jak najciekawszymi i jednocześnie najmniej uczęszczanymi szlakami turystycznymi. W efekcie nie pojechaliśmy do Kuźnic, Doliny Małej Łąki czy też Doliny Kościeliskiej ale wysiedliśmy w Nędzówce znajdującej się między wylotami dwóch wspomnianych przed chwilą dolin. Tam czekał na nas krótki szlak czerwony, którym mieliśmy zamiar dotrzeć do Miętusiego Przysłopu.
W kolejnej fazie motywem przewodnim okazała się wspinaczka szlakiem niebieskim przez Kobylarzowy Żleb, gdzie w kilku miejscach ścieżka ubezpieczona jest łańcuchami co niewątpliwie zwiastowało emocjonujące przeżycia. Czerwonych Wierchów przedstawiać naturalnie nie trzeba. Łączą w sobie najpiękniejsze widoki zarówno na Tatry Zachodnie jak i Wysokie. Ich bliskie usytuowanie względem Zakopanego pozwala na odbycie idealnej wycieczki jednodniowej. Po upojnym szczytowaniu zeszliśmy natomiast do schroniska Ornak przez leżącą nieco na uboczu Dolinę Tomanową.
Nie dość, że wędrówka odbyła się w przeważającej większości szlakami nigdy wcześniej przez nas nieodkrytymi to jeszcze wymarzyliśmy sobie osiągnięcie aż trzech dwutysięczników. Nic dziwnego, że wyprawa ta wywołuje u mnie do dziś tajfun emocji. W pewnej chwili ręce zastygły mi nad klawiaturą. Czasem wycieczka okraszona setkami zdjęć okazuje się tak niesamowita, że żadne dodatkowe słowa potrzebne już nie są. Jeszcze jakiś czas temu myślałem, że wyprawa ta nigdy na blogu nie zagości. Dziś na szczęście, z dumą mogę zaprezentować jedną z najpiękniejszych tatrzańskich retrospekcji mego życia.
Wracając zatem do początku, warto wspomnieć, że do Nędzówki dotrzemy każdym busem jadącym w kierunku Doliny Kościeliskiej oraz Chochołowskiej. Pamiętam jak zazwyczaj siedząc w busie miałem otwartą mapę co by nie przegapić swojego przystanku. Gdy trafimy na sympatycznego kierowcę to ten z pewnością da nam o tym znać. Był więc piękny lipcowy poranek, kwadrans po godzinie 9:00. Dzień zapowiadał się wyśmienicie. W drogę!
| tabliczka na początku szlaku |
| idąc do bram Tatrzańskiego Parku Narodowego za plecami zostawiamy Butorowy Wierch oraz Gubałówkę |
| wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego |
| szlak nie jest tu szeroką "autostradą" znaną chociażby z sąsiedniej Doliny Kościeliskiej |
| urozmaicony szlak, spokojna okolica, magiczna woń lasu, czego chcieć więcej? |
| przy podejściu na Wyżnie Stanikowe Siodło nie napotkamy stromizn, szlak pnie się raczej łagodnie |
| im wyżej, tym ścieżka stawała się węższa co najlepiej ukazuje nikłą popularność szlaku |
Między Nędzówką a Wyżnim Stanikowym Siodłem trzeba pokonać ponad 300 m przewyższenia. Choć szlak do stromych nie należy to jednak nie jest to odpowiedni trakt dla turystów w klapkach bądź kozaczkach. Ponadto, na Miętusim Przysłopie nie ma żadnego schroniska ani nawet budki z piwem. Dodając do tego sąsiedztwo Doliny Kościeliskiej, która gromadzi lwią część ruchu to możemy być pewni, że nawet w szczycie sezonu jest tutaj spokojnie. Nie jest to jednak wbrew pozorom szlak pozbawiony atrakcji, a możliwość odosobnienia to niejedyny jego atut. Odkryliśmy przeto miejsca, z których podziwiać można pasmo Gubałówki. Co więcej, widoczność była na tyle dobra, że zza Gubałówki wyłonił się długi, beskidzki wał, którym okazały się Gorce. Gdybyśmy więc mieli lornetkę to bez najmniejszego problemu wyłapalibyśmy Turbacz oraz Lubań. Właśnie, lornetka... Chyba łatwiej przyjdzie nam zorganizować wyjazd w Alpy niż kupić lornetkę. Pozostało zatem wytężyć wzrok by jak najwięcej dostrzec.
| wylot Doliny Małej Łąki, za nią Gubałówka (z wieżą), a na ostatnim planie grzbiet Gorców |
| ostry wierzchołek po lewej to nic innego jak Giewont (1895 m) |
| rzut oka na Czerwone Wierchy w trakcie zejścia z Wyżniego Stanikowego Siodła do Przysłopu Miętusiego |
| drugi rzut oka na Czerwone Wierchy w trakcie zejścia z Wyżniego Stanikowego Siodła do Przysłopu Miętusiego |
| na ostatnim planie po prawej: Kominiarski Wierch (1829 m) |
| Przysłop Miętusi w niemal całej okazałości, widoczny węzeł szlaków |
Dotarcie do przełęczy zajęło nam około 70 minut. Gdyby nie to, że byliśmy dopiero na początku trasy to chętnie zapuściłbym tu korzenie na dłużej. Przysłop Miętusi to kapitalne miejsce by wyłożyć się na trawce, złowić brąz na twarzy i w pełni delektować się tatrzańską przyrodą. Zwłaszcza dziś kiedy dodatkowo dopisały pejzaże. Warto zwrócić oblicza na kierunek zachodni, gdyż mamy tam wyłożony jak na dłoni masyw Kominiarskiego Wierchu. Wyglądał on jednak zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Do tej pory byłem zaznajomiony z Kominiarskim ale tylko od strony Polany Chochołowskiej, nad którą wyrasta swą charakterystyczną sylwetką. Teraz wydawał się trochę niepozorny choć gdy tylko Słońce wyjrzało zza chmur to oświetlone wapienne ściany wywierały spore wrażenie.
