Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wysowa-Zdrój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wysowa-Zdrój. Pokaż wszystkie posty

22 lipca 2011

Beskid Niski (Lackowa)

Po tatrzańskich wojażach, przyszedł czas na szczyty o ponad kilometr niższe. Nie była to jednak wycieczka czysto górska. W Beskidzie Niskim, a w zasadzie na Łemkowszczyźnie (ta nazwa bardziej pasuje do charakteru całego wyjazdu), co chwilę można natknąć się na ślady historii…

Zanim jednak wyruszyliśmy ku najwyższemu szczytowi Beskidu Niskiego, zawitaliśmy do Gorlic, gdzie w jednym z tamtejszych muzeów była prezentowana wystawa fotograficzna Zbigniewa Podsiadło pt. ”Łemkowyna”. Samo dotarcie na miejsce było niesamowitym wyczynem. Otóż ścisłe centrum Gorlic przypominało wtedy wielki plac budowy. Dzięki uprzejmości tutejszych mieszkańców dotarliśmy do celu.

Wchodząc do środka i przemierzając korytarze natykamy się na kilkadziesiąt czarno-białych fotografii pochodzących z Łemkowyny, a więc obszaru zamieszkanego niegdyś przez Łemków. Prezentowane są tam walory krajobrazowe i architektoniczne tego terenu.

Znamienną cechą Beskidu Niskiego uchwyconą obiektywem artysty są liczne cerkwie, których kopuły wpisały się w krajobraz okolicy na równych prawach z porozrzucanymi snopami siana, zmęczonymi twarzami prostych ludzi, pasącymi się leniwie krowami i licznymi kapliczkami.„ – czytamy na stronie WWW Dworku Białoprądnickiego, gdzie aktualnie można obejrzeć tą samą wystawę, którą ujrzałem w Gorlicach. Biorąc pod uwagę powojenny los Łemków, warto się tam wybrać (wystawa czynna do końca listopada) i ujrzeć malownicze fotografie nakłaniające do refleksji i zadumy.

O losach tej, zapomnianej przez dziesiątki lat, grupy etnicznej, posiadającej własny język, kulturę i obyczaje dowiadywałem się przez ten weekend jeszcze nie raz. Ale o tym później.

Miejsce: Beskid Niski

Cel: najwyższy szczyt jego polskiej części

Trasa: Mochnaczka Dzielec (793 m) Lackowa (997 m) Przełęcz Pułaskiego Cigelka (805 m) – święta Góra Jawor Wysowa-Zdrój

Pogoda: w miarę słoneczna

Widoczność: dobra

Po wyjściu z autokaru poczułem zimno. Czy to aby na pewno środek wakacji? Aż trudno było w to uwierzyć. Wysiedliśmy w szczerym polu. Przekrzywiony znak zielonego szlaku poinformował nas, że do Lackowej droga zajmuje około 150 minut.

Po wyruszeniu, moją uwagę przykuwało tylko błoto i kałuże. Niekiedy to błoto było tak duże, że trzeba było iść sąsiednią łąka pełną rosy. Plusem tego była naturalnie ekologiczna myjnia dla moich butów.

Rozległe łąki zapewniały początkowo widoki na Jaworzynę Krynicką. Po dotarciu do pierwszych słupków granicznych podążaliśmy już głównie lasem. Ten moment był też kluczowy z innego powodu. Szlak zielony prowadził nas tak jak setki innych szlaków PTTK, aż tu nagle widzę na drzewie namalowane zielone kółko z biała obwódką (oznacza to koniec bądź początek szlaku – jak kto woli). Widok ten był zatem dziwny, gdyż zielony szlak miał nas zaprowadzić aż do Wysowej.

W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś sobie robi jaja i poszedłem dalej. Zielonego znaku przez następnych kilkadziesiąt minut nie uświadczyłem, gdyż wszystkie były zamalowane. Co kilkadziesiąt metrów natrafialiśmy więc nie na drzewo z zielono-białymi pasami, lecz na takie z czarnym prostokątem. Orientację w terenie ułatwiały słupki graniczne. Lackowa leży bowiem na granicy polsko-słowackiej, a zatem droga była oczywista. Ponadto po stronie słowackiej poprowadzony jest słabo oznakowany szlak czerwony tak więc tak czy siak zgubić się było trudno.


Nie wiem czy aby kiedyś o tym nie pisałem, jednakże i tak wspomnę, że Lackową nazwać można „policyjną górą”. Łatwo jest więc zapamiętać jej wysokość i nie jest to na pewno 112 m! Najbardziej charakterystyczne są jednak zachodnie zbocza tej góry, które przypominają ścianę płaczu. Każdy kto przemierzy ten szlak zdziwi się, że taka stromizna w ogóle może występować w Beskidach, a co dopiero w Beskidzie Niskim (dowody tego faktu na kilku zdjęciach poniżej).

Podchodząc powoli pod ten szczyt, kilka razy po prostu upadałem ku ziemi i wchodziłem niby to na czworakach, a tak naprawdę to czułem się wtedy jak na tylko lekko przechylonej drabinie. Zadyszkę miałem co kilka kroków, zaliczyłem zatem niezliczoną ilość postojów. Ten stromy odcinek to zaledwie kilkaset metrów, jednakże jest to wyzwanie dla każdego miłośnika gór. Nagrodą jest zdobycie najwyższego szczytu Beskidu Niskiego.

 1-2) podejście pod Lackową

Niektórzy byli już tam prawie godzinę wcześniej, inni zaś wiele minut po mnie. Łatwo więc zauważyć, jaką trudność może sprawiać ta z pozoru niegroźna góra, która dziś jest niestety zalesiona. Nie zawsze jednak tak było. Jako, że do naszego Klubu Turystyki Górskiej „Wierch” należą także doświadczeni turyści, usłyszeć mogłem wiele ciekawych historii. Niektórzy zdobywali Lackową już w latach 70. ubiegłego wieku. Wtedy to widoków nie brakowało, a w dzisiejszych czasach szczyt okalają właśnie kilkudziesięcioletnie drzewa. Zdjęć z tamtego okresu czasu znaleźć mi się nie udało.

W dalszej części trasy, szlak nie był zbytnio urozmaicony, do tego stopnia, że zacząłem kombinować co oznaczają cyfry rzymskie i arabskie na słupkach granicznych. Miałem co prawda swoją hipotezę jednakże po powrocie do Krakowa została ona obalona.


W międzyczasie minęliśmy Przełęcz Pułaskiego. Jak to bywa w górach, mało która nazwa jest tutaj przypadkowa. Tak było i w tym przypadku. Otóż Konfederaci barscy w latach 1769-1772 mieli w tych rejonach swój obóz i siedzibę dowódcy Kazimierza Pułaskiego oraz byli wspierani przez miejscową ludność.

Zbliżaliśmy się do Wysowej, a nasze buty oraz spodnie stawały się coraz cięższe od nieodłącznej części wycieczek po Beskidzie Niskim. Mam tu na myśli oczywiście błoto, a właściwie to całe bajora. Były momenty kiedy trzeba była robić ogromne kółka by móc iść dalej.


Na około 2,5 km przed Wysową, szlak zielony opuszcza granicę. Gdy doszliśmy do tego momentu, zielone znaki znów się pojawiły. Cała grupa głowiła się dlaczego ktoś owe znaki zamalował na tak uczęszczanym odcinku.

W pewnej chwili padł pomysł aby zrezygnować ze szlaku zielonego. W zamian poszliśmy jeszcze mały kawałek granicą aby z niej zboczyć i dojść do świętej Góry Jawor.

Według przekazów ustnych, wszystko zaczęło się 21 IX 1925 roku, kiedy to poprzez górę Jawor, ze słowackiego Gabołtowa do Wysowej wracały cztery łemkinie. Gdy chyłkiem w ciemnościach przekraczały pobliską granicę, jedna z nich, Klafiria Demiańczyk doznała objawienia, ukazała się jej świetlista postać Matki Boskiej. Na drugi dzień, gdy powróciła ponownie w to samo miejsce znów zobaczyła przenikliwe światło oraz postać Matki Boskiej, która poprosiła aby w tym miejscu wybudować kaplicę. Wieść o tych wydarzeniach szybko obiegła okolicę, powodując coraz częstsze odwiedziny polany pod górą Jawor przez wiernych, którzy w modlitwie oczekiwali na kolejne objawienia, które miały miejsce jeszcze kilka razy.

Tak jak zostało wyżej napisane, natrafiliśmy na prawosławną kaplicę. Obok niej, znajduje się obecnie studnia, z której można nabrać wody. Skąd się tam wzięła? Oto odpowiedź:

14 X 1929, w dniu święta Opieki NMP (Pokrowy Bogarodzicy), w obecności tłumu wiernych dokonano poświęcenia kaplicy. Wkrótce, w jej pobliżu wytrysnęło źródełko, z którego woda według przekazu wiernych była źródłem wielu uzdrowień.

Warto dodać, że miejsce to jak i cała Łemkowszczyzna po II wojnie światowej zostały skazane na „śmierć”:

Sanktuarium przestało pełnić swoją funkcję po wysiedleniach ludności w ramach Akcji Wisła w 1947 roku. Wojsko Ochrony Pogranicza z drewnianej kaplicy utworzyło strażnicę, bez szacunku wykorzystując ją nawet jako szalet. Wystrój świątyni został spalony, ocalał jedynie obraz Matki Bożej, który został wydobyty ze zgliszcz.

Kilkanaście lat później, kiedy nieliczni Łemkowie powrócili w te strony, zaczęto starać się o powrót kultu tego miejsca. Trzeba przyznać, że cały ten trud nie poszedł na marne. Siłami wiernych, zarówno z Łemkowszczyzny jak i USA, kaplicę odremontowano. Obok kaplicy i studzienki znaleźć można dziś kilkadziesiąt krzyży. Jest to efekt pewnego obrzędu, który wpisał się już w krajobraz Góry Jawor.

Główne uroczystości, gromadzące tłumy wiernych, odbywają się 12 lipca w dniu święta apostołów Piotra i Pawła. W tym dniu, w pobliskiej Wysowej, rozpoczynają się modlitwy i rusza pielgrzymka. Wierni biorący udział w pielgrzymce niosą krzyże, które następnie są wkopywane na polanie przy cerkwi.

Dziś cała okolica jest bardzo ładnie zadbana. Na Górę Jawor prowadzi szeroki ścieżka spacerowa z Wysowej, na której nie zaznamy błota. Minęliśmy na tym fragmencie sporo spacerowiczów, a nawet całych rodzin z dziećmi.


Tuż przed Wysową natknęliśmy się na niewielką rzeczkę, z której wszyscy radośnie skorzystaliśmy. Nasze buty nie mogły się bowiem doczekać porządnego szorowania. Dzięki uprzejmości, mogłem skorzystać z małej szczoteczki do zębów i dogłębnie odświeżyć swoje obuwie. Po tym akcie czystości, musiałem oddać ten wspaniały sprzęt higieniczny. Niby to nic wielkiego ale idę sobie i podziwiam widoki, aż tu nagle dostrzegam brak szczoteczki w ręku. Sytuacja taka mnie zdenerwowała, musiałem się wrócić kilkaset metrów, na szczęście zguba się znalazła.


Po dojściu do celu, przyszedł czas na zwiedzanie. Wysowa jak wiadomo jest znanym uzdrowiskiem tak więc warto było odwiedzić tamtejszy park, który bardzo mi się spodobał. Liczne alejki, dużo ławek, pijalnia wód mineralnych oraz piękna fontanna to rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Oprócz parku, warta uwagi jest także drewniana cerkiew. To jednak nie był koniec atrakcji na dziś.

1) kościół pw. NMP Wniebowziętej wybudowany w l. 1936-38, 3-6) w Parku Zdrojowym

Nocleg zaplanowany mieliśmy w Zdyni. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to tak źle. Parterowy budynek z jednym korytarzem i licznymi pokojami po obu jego stronach, na końcu zaś stołówka. Zanim jednak tam weszliśmy czekaliśmy na zimnie kilkanaście minut. Efekt był dla mnie wręcz szokujący. Najpierw okazało się, że ponad 30 osób musi zmieścić się w zaledwie trzech pokojach. W praktyce wyglądało to tak, że 8-osobowe pokoje zamieniły się w 11-pokoje itp. Po rozdzieleniu tych miejsc, na swe lokum nadal czekało kilka osób, w tym ja. Nam przypadła drewniana chata na tyłach tej noclegowni.

Otwieramy drzwi i widzimy pięć łóżek, a obok nich, opartą o ścianę drabinę. Patrzę w górę – jakieś wnękę tam zauważyłem. Wchodzę po drabinie i widzę dwa „małżeńskie” materace ułożone jeden za drugim. Cała chata miała dach opadający niemal do ziemi, tak więc żeby dostać się do materaca, ułożonego na tyłach pomieszczenia trzeba było porządnie się nagimnastykować. Najpierw musiałem oprzeć się rękami o ścianę (a więc w rzeczy samej dach). Kolejnym problemem było to że odległość między materacami a skrajem dachu była mniejsza niż długość stopy. Przez te dwie noce przyjmowałem zatem najróżniejsze pozycje przejściowe. Z drugiej strony sądząc po tym opisie, strasznie musiałem przeżywać ten najgorszy nocleg w moim życiu – tak w istocie rzeczy było. Na potwierdzenie zrobiłem zdjęcia.



Teraz to mogłem tylko pozazdrościć tym, którzy wylądowali w budynku. My nie mieliśmy prysznica, toalety, a co za tym idzie wody, a nawet ogrzewania, zaś nasze pomieszczenie na górze nie posiadało nawet światła. Toaleta i umywalka znajdowała się na korytarzy w budynku, a więc każdorazowo przejście kilkudziesięciu metrów stawało się obowiązkowe. Zaś żeby wziąć prysznic musieliśmy się prosić naszych towarzyszy z przeludnionych pokoi. Można tylko sobie wyobrazić co się dzieje, gdy 10 kobiet czeka w kolejce na prysznic…

Jedynymi plusami było dobre jedzenie (choć i tak dawali małe porcje) oraz sklep, który znajdował się tuż przy ośrodku.

Zdynia nie jest zwykłą miejscowością położoną gdzieś tam w Beskidzie Niskim. O jej wyjątkowości świadczy Łemkowska Watra. Co roku, już od 1990 r., raz w roku (przez 3 dni) okolice te oblegane są przez Łemków z całego świata, a noclegi wyprzedane z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Dlaczego zatem Łemkowska Watra jest tak ważna i dlaczego jest to największa impreza łemkowska na świecie? O tym już w następnym odcinku, który dostępny jest pod linkiem:  Beskid Niski (Jaworzyna Konieczniańska + Regietów + Rotunda) 

3 października 2008

Beskid Niski (VII Rajd Górski im. J. Dietla - dz. 2)

Trasa: Wysowa-Zdrój (centrum) Przełęcz Hutniańska Ropki Przełęcz Perehyba – Bieliczna – Izby Banica Mochnaczka Niżna

Pogoda: kiepska

Widoczność: słaba

Zwarci i gotowi ruszyliśmy ku kolejnym przygodom w Beskidzie Niskim. Na początek obejrzeliśmy drewniany kościół w Wysowej wybudowany w dwudziestoleciu międzywojennym. Dalej, mój zapał słabł, bowiem pogoda zaserwowała nam opady deszczu psując wycieczkę. Wystarczyło wejść na polną bądź leśną ścieżkę aby zapoznać się ze sporą ilością błota. W takich warunkach, o wiele trudniej cieszyć się beskidzką przyrodą, jednakże ekipa zniosła dzielnie te warunki. Współczucia należały się za to drugiej grupie, która musiała się męczyć z zejściem z Lackowej w takiej aurze.

Kościół w Wysowej-Zdroju

Na Przełęczy Perehyba nastąpił postój, na którym przodownik prowadzący naszą grupę, obejrzał sobie mą książeczkę Górskiej Odznaki Turystycznej. Następnie ruszyliśmy bez szlaku. Gęste chmury więziły okoliczne szczyty, toteż na poprawę humoru niektórzy robili sobie wspólne pamiątkowe zdjęcia. Soczyście zielona polana sprowadziła nas do nieistniejącej już wsi - Bielicznej, gdzie ujrzeliśmy kilka koni, stare cmentarzysko, a także opuszczoną cerkiew. Wokół zaś żywej duszy nie było, nawet żadnego domostwa. Jak zatem to wyjaśnimy?

2) stare cmentarzysko w Bielicznej
Historia Bielicznej rozpoczyna się w 1585 roku, kiedy to na mocy prawa lokacyjnego pierwszych osadników sprowadził Iwan Izbiański z pobliskiej miejscowości Izby. Wieś liczyła 34 gospodarstwa. Cerkiew wybudowano w 1796 roku. 
Po wojnie przyszły straszne czasy "Akcji Wisła". Wszystkich mieszkańców wysiedlono, a wieś spalono. Została tylko cerkiew. 
Dziś, po latach - idąc z Izb do Bielicznej, nie znajdziemy żadnego znaku zamieszkania. Nie ma domów, studni,  fundamentów. Gdzie były gospodarstwa, poznasz tylko na wiosnę po kwitnących drzewach owocowych.  
Cerkiew została odnowiona w 1985 roku. Co ciekawe, jest zawsze otwarta. Nikt nic nie ukradł, nie zniszczył, jest czysto i cichutko. Często służy jako schronienie w przypadku trudnych warunków atmosferycznych dla turystów odwiedzających te okolice.

1-2) cerkiew w Bielicznej z 1796 r.
Asfaltową drogą dotarliśmy do Izb, gdzie wyróżnia się dawna cerkiew greckokatolicką pod wezwaniem św. Łukasza Ewangelisty. Pogoda coraz bardziej dawała się we znaki, zaczął padać deszcz...

w drodze z Bielicznej do Izb, w tle dawna cerkiew
Nic nie zapowiadało poprawy pogody. Deszcz się nasilał. Pamiętam, że Mariusz pożyczył mi swój kowbojski kapelusz, dzięki czemu moja powłoka ochronna nabrała większych wymiarów. Choćbym chciał i bardzo się starał to więcej retrospekcji z tego dnia nie wyciągnę. Pośród mgieł i błota powróciliśmy do Mochnaczki, w której przebraliśmy mokre ciuchy. Co ciekawe, odbywało się to w zaciszu wiaty przystanku autobusowego. Następnie podjechaliśmy po drugą grupę, która była ubrudzona jeszcze bardziej. Oni z kolei nie mieli nawet sekundy na pozbycie się przemoczonych ubrań.

   Beskid Niski pożegnał nas błotem i brzydką aurą...

W takich oto warunkach powróciliśmy do Krakowa co oczywiście nie oznaczało złych nastrojów. Zabraliśmy ze sobą mnóstwo wspomnień, a każdy cieszył się ze sprostania wyzwaniom narzuconym przez Beskid Niski oraz pogodę. Z pewnością poczuliśmy się bardziej zintegrowani. Tym samym należy podziękować przewodnikom, Maćkowi, Joli, Mariuszowi oraz wf-istce Ani, o której nie wspominałem za wspaniały wyjazd. Szkoda, że był to mój ostatni Rajd Górski im. Józefa Dietla. Na pamiątkę pozostała ta retrospekcja oraz cenna odznaka...

2 października 2008

Beskid Niski: VII Rajd Górski im. J. Dietla (Lackowa)

Choćbym chciał tego najbardziej na świecie to i tak nic na to poradzić nie mogłem. Był to definitywnie mój ostatni dietlowski rajd, bowiem aby uczestniczyć w jego ósmej edycji, musiałbym nie ukończyć III klasy gimnazjum co oczywiście nie wchodziło w rachubę. 

Cel: najwyższy szczyt polskiej części Beskidu Niskiego – Lackowa

Trasa: Mochnaczka Niżna Dzielec (793 m) Lackowa (997 m) Przełęcz Pułaskiego Cigelka (805 m) Wysowa-Zdrój (centrum) Wysowa-Zdrój (ośrodek wypoczynkowy „Zacisze”)

Pogoda: dobra

Widoczność: dobra

Czy byłby to wyjazd na Kopiec Kościuszki, czy do Ojcowa, czy też gdziekolwiek indziej – taka forma aktywności przypada uczniom do gustu. Wiadomo o co chodzi. Byleby nie iść na lekcje! Jako, że byłem wtedy w III klasie, znałem całe towarzystwo gimnazjalne od deski do deski przez co stworzyliśmy całkiem zgraną grupę. Z mojej typowo „męskiej” klasy (stosunek płci 28:3) na rajd wybrały się trzy osoby.

początek szlaku, w tle nasz autokar
Po dojeździe do Mochnaczki zostaliśmy podzieleni tradycyjnie na dwie grupy tak aby następnego dnia zamienić się pokonywanymi trasami. Oprócz przewodnika, towarzyszył nam historyk Maciek, fizyczka Jola oraz geograf Mariusz. Niebo zmieszane było niebiesko-szarymi barwami ale co najważniejsze kropel deszczu nie uświadczyliśmy.


1-4) Między Mochnaczką a Dzielcem
Malowniczymi polanami zaczęliśmy się wznosić ku Dzielcowi, na którym ucięliśmy sobie pierwszy postój. Póki nie wkroczyliśmy w las podziwialiśmy dolinę rzeki Muszynki, a gdzieś w oddali wyłaniała się nawet Jaworzyna Krynicka. Co jakiś czas, przewodnik opowiadał nam o ciekawostkach turystycznych, historycznych itp. Pamiętam, jak zapytał nas o datę konfederacji barskiej. Kilka chwil wyczekiwania zakończyło się moją poprawną odpowiedzią co biorąc pod uwagę obecność Maćka, było rzeczą bezcenną. Aby jednak zachować czystość sumienia, muszę przyznać iż pomógł mi w tym Mariusz, który wymruczał pod nosem 1768-1772.

już niedaleko...
Pierwsze emocje zaznaliśmy tuż pod szczytem Lackowej, a dokładniej rzecz ujmując – jej zachodniej „ścianie płaczu”. Dla większości (w tym mnie) było to ogromne zaskoczenie, bowiem z pozoru łagodny Beskid Niski, nagle „urodził” niewyobrażalną stromiznę. Należało więc zakasać rękawy i podjąć to wyzwanie. Trzeba przyznać, iż miałem ułatwione zadanie bowiem wraz z kumplem Tomkiem (tym samym Tomkiem, raczącym Was pięknymi tatrzańskimi ujęciami), zabraliśmy kije turystyczne, dzięki czemu przezwyciężyliśmy stromiznę. Inni zaś, musieli wspinać się na czterech kończynach co wywołało skryte samozadowolenie. Nagrodą za ten trud było szczytowanie na najwyższej górze polskiej części Beskidu Niskiego, toteż wszyscy byli zadowoleni.

Dalsza sekwencja czynności odbywała się już głównie pośród drzew. Wyjątkiem była kilkudziesięciometrowa polanka, skąd mogliśmy dojrzeć najwyższy szczyt całego Beskidu Niskiego, który jest zaledwie o 5 m wyższy od Lackowej - nazwanej przez nas policyjną górą.

Busov - Najwyższy szczyt Beskidu Niskiego

Tak się złożyło, że na rajd zabrałem aparat dzięki czemu mam na czym opierać swoje wspomnienia. Patrząc na zdjęcia, nie mogę uwierzyć jak wolnym tempem się poruszaliśmy, bowiem w Wysowej zameldowaliśmy się dopiero po 17 godzinie a i tak nie był to koniec trasy. Oczywiście jest to złudne wrażenie, bowiem wtedy mieliśmy po 14 i 15 lat.


uzdrowiskowe zabudowania Wysowej-Zdrój
W uzdrowisku, przewodnik opowiedział nam o tutejszej cerkwi co nie dla wszystkich było interesujące, bowiem widoczne stały się pierwsze oznaki zmęczenia. Kwadrans później, zrobiliśmy zakupy w pobliskich delikatesach. Gdy wszystkim odechciało się już maszerowania, okazało się, iż od naszego noclegu dzieliło nas jeszcze ok. 2 km drogą asfaltową. Podczas pokonywania finałowego odcinka, szybko zapadł zmrok, toteż finiszowaliśmy w egipskich ciemnościach. Kolejne minuty upłynęły na przydzielaniu noclegów, którymi były domki letniskowe ułożone z mojej perspektywy w kształcie odwróconej litery U.

Cerkiew w Wysowej-Zdroju

Wieczór zastał nas pełną gębą, toteż szybko przeszliśmy do wspólnej integracji, która nastąpiła w drewnianym domku wyposażonym w grilla. W związku z tym nietrudno się domyślić co było na kolację. Wszyscy spoczęli na ławkach ułożonych dookoła grilla sowicie się posilając. Na dobry początek zagraliśmy w grę polegającą na zapraszaniu do siebie innych. Ten kto miał po prawej stronie wolne miejsce wymawiał zdanie, które wyglądało mniej więcej tak: Mam po swojej prawej stronie wolne miejsce, więc zapraszam... Słowo w słowo nie pamiętam ale dzięki zapraszaniu mogliśmy poznać innych uczestników rajdu np. tych z młodszych klas.

W wyniku tej zabawy wynikła moja gafa, z której śmiała się cała sala. Otóż po jednym z kolejnych zaproszeń obok mnie zwolniło się miejsce. Zacząłem więc głośno mówić: "Mam po swojej prawej stronie wolne miejsce..." jednakże nie zdołałem tego dokończyć, gdyż nagle wszyscy zaczęli się śmiać, a ja nie wiedziałem dlaczego. Otrzeźwienie przyszło po chwili. Okazało się, że owszem miałem wolne miejsce - ale było ono z lewej strony!

Kolejnym punktem programu było „wykupienie” pamiątkowych, rajdowych odznak ale i tak nie brała w tym udziału żadna waluta. Jedynym sposobem na wykonanie tego zadania było rozśmieszenie grupy. Obok ławek, znajdowała się scena, toteż każdy miał pole do popisu. Mógł być to skecz, piosenka albo inna zabawa. Niektórzy świetnie się z tego wywiązali zaś pozostali (w tym ja) z racji skrytego charakteru mieli z tym problem. Ostatecznie skończyło się na odśpiewaniu „Bieszczadzkiego Traktu” co nie do końca nam wyszło.

Wieczór integracji jest wyjątkowym momentem również z innego powodu. Otóż są to jedyne godziny w roku kiedy mogliśmy mówić do nauczycieli po imieniu. W ten sposób pan magister historyk stał się dla nas po prostu Maćkiem. Relacjonując ten rajd, pozwoliłem sobie na lekkie nadużycie tego przywileju. Mam nadzieję, że nauczyciele się nie obrażą!

Wieczór integracyjny

Było pewnie po 22, a może i zbliżała się już północ, a my dopiero gościliśmy się w domkach. Wyczerpujący dzień pełen emocji nie sprawił jednak, że wszyscy poszli spać. Wprost przeciwnie, uczynili to tylko nieliczni pierwszoklasiści. Nasz trzyosobowy domek znajdował się na jednym z końców odwróconego U zaś nauczyciele dostali miejsce na zakolu. Dzieliło nas zatem kilkadziesiąt metrów dzięki czemu mogliśmy harcować. Wewnątrz U, zlokalizowany był plac zabaw, toteż początkowo nasze akcje polegały na skradaniu się ku huśtawkom. Napięcie z każdą chwilą wzrastało. Wszyscy obserwowali domek nauczycieli, jednakże wraz z brakiem ich reakcji, swoboda rosła w siłę. Z każdą minutą decybele, które emitowaliśmy również wzrastały aż w końcu usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Każdy bez wyjątku rzucił się do ucieczki chowając się gdzie tylko popadnie. Strumień światła latarki przejechał kilka razy po placu zabaw, który nagle stał się pusty jak butelka po wódce. Oczywiście, żeby nie było – użyłem tego sformułowania wyłączenie w celu dobrego porównania. Alkoholu nikt z nas wtedy nie miał. Opisana sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy aż w końcu Mariusz zaczął nam składać osobiste wizyty. W takich chwilach pozostawało już tylko schować się pod kołdrami.

Ponadto oprócz placu zabaw, odwiedzaliśmy też inne domki zaś najwięksi dowcipnisie użyli nawet kiełbasy z grilla przez co za pomocą proc, odbył się istny pojedynek jak na dzikim zachodzie. Już nawet nie pamiętam kiedy poszliśmy spać…

Co zaś działo się podczas drugiego dnia rajdu? O tym przeczytasz pod linkiem -->  Beskid Niski - dzień 2.