17 stycznia 2009

Tatry Wysokie (Dolina Pięciu Stawów Polskich)

Nigdy nie widziałem tyle śniegu naraz! Ponadto w programie, specjalność pięciostawiańskiego zakładu: dupozjazd! Już na samo wspomnienie, czuję ten szemrzący śnieg między pośladkami. W drogę przygodo, hej!

Miejsce: Tatrzański Park Narodowy

Trasa: Palenica Białczańska Wodogrzmoty Mickiewicza Dolina Roztoki  schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich (powrót tą samą trasą)

Pogoda: słońce, błękit, biały śnieg = wspaniała zima

Widoczność: bardzo dobra

Sądząc po tytule, można odnieść wrażenie, iż spośród wielu tatrzańskich retrospekcji, ta będzie jedną z mniej ciekawych. Wszak nie zdobyłem tego dnia żadnego wybitnego szczytu ani nie ujrzałem widoków na wszystkie strony świata. Ponadto opisywany szlak jest jedną z bardziej popularnych tras turystycznych. Otóż nic bardziej mylnego!

Gdybym pokonał opisywaną drogę w miesiącach letnich, być może powyższy akapit miałby rację bytu choć w maleńkiej cząstce. Zimą – sytuacja odwraca się o 180 stopni, przez co z pozoru łatwy szlak zamienia się w ekstremalną drogę.

Wszystko jednak zaczęło się standardowo – na parkingu w Palenicy Białczańskiej. Po bliżej nieokreślonym czasie znaleźliśmy się przy Wodogrzmotach Mickiewiczach, które – co może niektórych „dziwić” – zamarzły, tworząc tym samym „lodowy miód dla oka”. Umieszczanie zbyt dużej liczby cudzysłowów czy też ukrytych znaczeń na przestrzeni jednego zdania nie jest moją mocną domeną, toteż – może lepiej – skupię się już na konkretnych wydarzeniach z trasy.


Warto podkreślić, iż głównym celem wyprawy było Morskie Oko, toteż słysząc propozycję zmiany tej opcji, niezmiernie się ucieszyłem. Mniej więcej rok wcześniej (I 2008), miałem okazję przebyć już tę drogę zaś w dolinie pełnej stawów jeszcze nie byłem - nie tylko zimową porą, lecz w ogóle.

O ile, na oblodzonej asfaltowej drodze, ze względu na weekend i ferie dało się jeszcze zauważyć znikomy ruch turystyczny, o tyle jego natężenie w Dolinie Roztoki ustało niemal całkowicie. Szlak był słabo przetarty do tego stopnia, iż minięcie się z innymi amatorami zimowych wędrówek oznaczało wejście w zaspę. Tych z kolei, można było policzyć na palcach ręki, przez co nasza grupa wyglądała niemal jak pielgrzymka.

Podczas poznawania Doliny Roztoki zauważyłem jedną niepokojącą rzecz. Otóż większość grupy posiadała kije turystyczne – posiadałem i ja. Ochraniacze na łydki – też miałem. Raki – oops, problem. Jako laik w dziedzinie tatrzańskich wypraw zimą, ledwo co ogarniałem temat sprzętu. Zacząłem się więc zastanawiać czy podołam temu wyzwaniu. Późniejsze trudności wymagały bowiem ogromnej sprawności i zmysłu utrzymywania równowagi. 

1-2) w Dolinie Roztoki
Jak wiadomo, Dolina Roztoki kończy się zamarzniętą Siklawą. My, nawet się do niej nie zbliżyliśmy, bowiem odpowiednio wcześniej skręciliśmy w lewo aby wspiąć (!) się do schroniska. Trzeba przyznać, że komicznie to brzmi ale tak to właśnie jest, że Dolina Pięciu Stawów góruje nad Doliną Roztoki.

podejście pod Dolinę Pięciu Stawów
W tamtym miejscu, wkroczyliśmy na wyższy poziom piechurkowania. Przed nami rozpościerał się niezwykle stromy stok. Warto wspomnieć też o ogromnych ilościach białego puchu. Czy na lewo czy na prawo, warstwę śnieżynek należało liczyć w metrach, a nie wolno też zapominać o kolejnych decymetrach ukrytych pod stopami. Nie wyczuwałem pod nimi za często kosówki, toteż co niecoś było na rzeczy. Galeria zdjęciowa doskonale to ilustruje.

Pamiętam tamte chwile do dziś. Piętnastoletni chłopak w walce z żywiołem. Inni za pomocą raków, perfekcyjnie wcinali się w stok, natomiast ja opierałem cały swój ciężar na kijach. Kilka razy nogi obsuwały mi się w dół. Gdyby nie kije spadłbym na sam dół, a może i jakaś lawinka by powstała. Z perspektywy czasu mogę o tym mówić z uśmiechem, natomiast wtedy troszkę obaw kotłowało się w mej głowie. Trzymając się ogona grupy, kroki stawiałem w miejscu pozostawionych śladów. W innym przypadku od razu zapadałem się w dół. Choć zbocze nie było jakoś specjalnie długie, to jego pokonanie zajęło nam mnóstwo czasu. Jeden krok, postój, następny kroczek i znów odpoczynek – w ten sposób marsz zamienił się w spacerek, który spacerkiem był wyłącznie z nazwy. Jak widać, zimą tatrzańskie szlaki nabierają zupełnie innych barw.

Po wielu bojach udało się wyjść na górę, przez co mogliśmy górować nad schroniskiem i całą Doliną Pięciu Stawów! Pejzaże bajeczne! Nie spodziewałem się, że ujrzę coś tak wspaniałego. Cała dolina pokryta kilkumetrową warstwą śniegu przez co stawy przestały być dostrzegalne. Szczyty okalające to urzekające miejsce również były widoczne, a mam tu na myśli Kozi Wierch czy też Szpiglasowy Wierch. Szczerze mówiąc, na tamtą chwilę był to najpiękniejszy zimowy pejzaż jaki zaznałem w życiu.

1) Dolina Pięciu Stawów Polskich, 2) schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich
Co najlepsze, nie był to koniec atrakcji, ponieważ nagle spod schroniska zaczął wznosić się helikopter TOPR. Przy starcie zrobił wielką zadymę, w konsekwencji czego znikł on na chwilę z pola widzenia gdzieś w zawiei śnieżnej. Dalej, mogliśmy już tylko podziwiać czerwony obiekt na tle ośnieżonych szczytów i błękitnego nieba. Lecąc zapewne do Zakopanego, znikł za granią Orlej Perci.

1-3) śmigłowiec TOPR-u
Spory wysiłek, wynagrodził nam popas w schronisku. Zamówiłem sobie żurek, który bardzo mi smakował i dodał sił na powrót. W dalszej kolejności, wypadało też wyjść przed budynek i delektować się widokami. Tylko nieliczne ślady niwelowały ich dziewiczość. Można rzec, iż pozostawał nam tylko odwrót. W innym wypadku rzeczy, zaspy nie pozwalałyby na swobodne piechurkowanie.

1-4) obrazki widziane spod schroniska
Ponownie, wyszliśmy zatem na wzniesienie aby podziwiać dolinę z innej perspektywy dnia. Chmury zaczęły zanikać, toteż dalsze schodzenie okazało się jeszcze przyjemniejsze. W gruncie rzeczy, schodzenie nie jest tutaj odpowiednim wyrażeniem, ponieważ zważywszy na stromość stoku, najlepszą opcją do jego pokonania był dupozjazd. Czynność niezwykle prosta. Wystarczy tylko siąść na tyłku, unieść nogi ku górze, odepchnąć się rękoma z całych sił, złapać odpowiedni poślizg i cieszyć się niezapomnianą jazdą. W naszym wypadku odbyła się ona na wprost Koziego Wierchu. Zabawy mieliśmy wtedy mnóstwo.

5) dupozjazd z Doliny Pięciu Stawów
Z mokrymi plecami, udami i tym co pomiędzy nimi, przedreptałem z powrotem Dolinę Roztoki i mniej więcej w takich klimatach zakończyła się moja pierwsza wyprawa w 2009 roku. Niech będzie ona dowodem, że w górach nigdy nie można się nudzić!

4 października 2008

Tatry Zachodnie (J. Mroźna + Smreczyński Staw)

Wyrwałem w Tatry dwie kuzynki! Był to zatem nasz rodzinny „pierwszy raz” w Dolinie Kościeliskiej.

Miejsce: Tatrzański Park Narodowy – otoczenie Doliny Kościeliskiej

Pierwotny cel: Czerwone Wierchy

Trasa (zrealizowana): Kiry Doliną Kościeliską do Lodowego Źródła powrót do Doliny Kościeliskiej przez Jaskinię Mroźną Schronisko na Hali Ornak Smreczyński Staw Schronisko na Hali Ornak Doliną Kościeliską do Kir

Pogoda: deszcz, śnieg, deszcz…

Widoczność: brak

Spędzając wakacje u rodziny, wpadłem na pomysł aby na jedną z górskich wędrówek zaprosić kuzynostwo. Po uzyskaniu wstępnej akceptacji, jako najatrakcyjniejszą jesienną wyprawę wybrałem wspinaczkę ku Czerwonym Wierchom. Jak wiadomo, aby je zdobyć należy poświęcić sporo sił jednakże później następuje już tylko czysta przyjemność. Łagodne grzbiety i wspaniałe widoki to coś w czym można się zakochać.

Pełni nadziei wyruszyliśmy o poranku w kierunku Zakopanego. Po dojeździe na miejsce, stała się rzecz dziwna, która chyba nigdy mi się jeszcze nie przytrafiła. Otóż nie miałem najmniejszej ochoty wyjść z autokaru. Wszystko za sprawą aury, która okazała się całkowitą katastrofą. Grube krople deszczu skutecznie odebrały nam chęci. Przekroczenie granic Tatrzańskiego Parku Narodowego w takich warunkach wiązało się z nie lada odwagą. Długie chwile oczekiwania sprawiły, iż w końcu wezbraliśmy w sobie siłę na wyjście. Kuzynki zostały opatulone pelerynami natomiast ja miałem na sobie starą, podartą kurtkę, która już po kilku minutach nadawała się do generalnego suszenia.

O Czerwonych Wierchach mogliśmy już tylko pomarzyć, toteż pozostawał spacer Doliną Kościeliską. Stefan Żeromski pisał: „Ładniejsze miejsce, jeśli jest na kuli ziemskiej – to niech sobie będzie. Dla mnie Dolina Kościeliska jest majstersztykiem przyrody”. Myślę, że te słowa są najlepszą reklamą tego uroczego zakątka.

Kolejną charakterystyczną cechą jest rzucający się w oczy szereg zwężeń i rozszerzeń. Już kilkaset metrów po wejściu, skały zaczęły się do siebie jakby zbliżać przez co poruszaliśmy się tajemniczym przesmykiem, którego nazwa brzmi: Brama Kantaka. Oddaje ona cześć Kazimierzowi Kantakowi – dzielnemu obrońcy praw narodu polskiego. Z miejscem tym wiąże się też etymologia nazwy całej doliny. Otóż około 1870 roku region ten przeżywał najazdy tatarskie przez co tutejsi mieszkańcy schronili się właśnie w Dolinie. Chłopi obsadzili skały Bramy i gdy wjechał w nią oddział Tatarów – przywitali go gradem kamieni. Kości poległych długo potem bielały nad potokiem i stąd miała pójść nazwa doliny.

Choć może się to wydawać dziwne, Dolina Kościeliska od wieków kojarzona jest z hutnictwem. W przeszłości wydobywano tu m. in. srebro, miedź czy rudy żelaza. Praktyki te zaniechano jednak przed 150 laty przez co krakowski Kombinat nie musi obawiać się konkurencji.

Za Bramą Kantaka wkroczyliśmy na Wyżnią Kirę Miętusią będą szeroką polaną, gdzie każdej wiosny kwitną setki krokusów. W 1832 roku zachwycał się tym miejscem Seweryn Goszczyński: 
Minąwszy wspomnianą bramę, ujrzeliśmy się na rozkosznej płaskiej dolinie, owalnego kształtu; pokrywał ją kobierzec najświeższej darni, ocieniały do koła góry i lasy uderzające takim wdziękiem, że się zdawały ulubieńszem nad inne dziełem przyrody” 
Wyżnia Kira Miętusia - początek drogi...
Niestety, Dolina Kościeliska nie zaserwowała nam tego co najlepsze. Myślę jednak, że – przykładowo – Seweryn Goszczyński potrafi rozbudzić w turystach wyobraźnię przez co nawet w deszczowej aurze, wspaniale jest poznawać to miejsce.

1-2) uroki mglistej i deszczowej Doliny Kościeliskiej
Kolejnym obiektem na naszej trasie było Lodowe Źródło, które w ciągu sekundy „wyrzuca z siebie” 245-620 l wody. Te liczby dają do myślenia, aż trudno mi sobie wyobrazić potęgę tego wywierzyska.

Gdy już tak sobie zwiedzamy, warto dopowiedzieć iż Dolina Kościeliska to również dziesiątki jaskiń, z których kilka jest udostępnionych dla przeciętnych turystów. Przy Lodowym Źródle ujrzeliśmy tabliczkę informującą o początku szlaku ku Jaskini Mroźnej. W tej chwili zaczęła narastać we mnie pokusa. Wiadomo było, że opady nie ustaną, a w jaskini zaś, będziemy mogli choć na chwilę zapomnieć o kroplach. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na miejscu, po czym zakupiliśmy bilety wstępu, a ja dodatkowo zgarnąłem pamiątkową pieczątkę. Wyszedł do nas przewodnik, który wprowadził nas w magię tego miejsca serwując kilka ciekawych danych. Z wielką ciekawością, wkroczyliśmy do środka, gdzie czekało na nas ponad pół kilometra oświetlonych korytarzy. W Jaskini Mroźnej nie znaleźliśmy stalagmitów, stalagnatów czy innych form krasowych. Ot, korytarz w skale. Niewątpliwie, atrakcją samą w sobie jest samo przejście jaskini. Niekiedy musieliśmy się mocno schylać bądź nawet kucać aby móc kontynuować zwiedzanie.

1-2) W głębi Jaskini Mroźnej...
Gdy już zaczęło się robić przyjemnie, ponownie wtargnęliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie główną rolę odgrywała ulewa. Pozostawało więc jak najszybciej dojść do schroniska, w którym mogliśmy się nareszcie choć trochę osuszyć i przy okazji posilić. Pamiętam, że skrupulatnie wypełniałem tam swoją książeczkę Górskiej Odznaki Turystycznej.

Schronisko PTTK na Hali Ornak
Całego dnia w schronisku przesiedzieć nie wypadało, toteż postanowiliśmy się wybrać do Stawu Smreczyńskiego, który znajduje się zaledwie pół godziny drogi od schroniska na Oranku. Jeziorko jest kolejnym wyjątkowym miejscem na mapie okolic Doliny Kościeliskiej, bowiem bywała tam Konopnicka, bywał też i Tetmajer. Ponadto, malowali je Gerson i Wyczółkowski. Górale uważali je za bezdenne. Na dowód tego można przytoczyć legendę: 
"Pewien gazda chciał zamienić staw w łąkę. Kiedy jednak zabrał się do kopania rowu, głos z głębiny zawołał: „Przestań, bo jak spuścisz ten staw, to wszystkie wsie aż do morza zatopisz…”.
Po opuszczeniu schroniska deszcz zamienił się w śnieg co wywołało moje wielkie zdziwienie. Z drugiej strony, śnieg był mimo wszystko lepszą opcją – zwłaszcza dla mojego odzienia. Po dotarciu na miejsce, na drewnianych barierkach zgromadziła się już całkiem pokaźna warstewka śniegu. Ujrzeliśmy zatem pełen poezji Smreczyński Staw, zaś za nim ośnieżone drzewa, a w dalszej oddali to już tylko nicość…

1-3) przy Smreczyńskim Stawie
Powrót odbył się tą samą drogą, podczas której chciałbym odnotować jedno zdarzenie. Ujrzeliśmy szlak odchodzący ku Jaskini Mylnej, a tuż na jego początku – serię łańcuchów. Kuzynki się tam wdrapały, a zrobione zdjęcia pozostawało już tylko podpisać: „Rysy zdobyte!

Wycieczkę zakończyliśmy tam gdzie ją zaczęliśmy – w Kirach. Warto powiedzieć, że w gwarze kira = zakręt drogi lub rzeki. Jeśli więc spojrzymy na mapę, znajdziemy odpowiednie uzasadnienie tej nazwy. Tą ciekawostką, chciałem płynnie przejść do podsumowania, w którym zawrę kilka standardowych myśli. Wycieczka była taka jaka była. Skutków ubocznych w postaci przemoczonych ubrań – mnóstwo. Poznałem jednak Jaskinię Mroźną oraz Smreczyński Staw w bardzo wesołym towarzystwie kuzynek. Muszę koniecznie wrócić zwłaszcza do tego drugiego miejsca, z którego rozpościerają się wspaniałe widoki, których nie dane nam było zaznać. Najważniejsze, że rodzinka zadowolona i w gruncie rzeczy o to najbardziej chodziło!

3 października 2008

Beskid Niski (VII Rajd Górski im. J. Dietla - dz. 2)

Trasa: Wysowa-Zdrój (centrum) Przełęcz Hutniańska Ropki Przełęcz Perehyba – Bieliczna – Izby Banica Mochnaczka Niżna

Pogoda: kiepska

Widoczność: słaba

Zwarci i gotowi ruszyliśmy ku kolejnym przygodom w Beskidzie Niskim. Na początek obejrzeliśmy drewniany kościół w Wysowej wybudowany w dwudziestoleciu międzywojennym. Dalej, mój zapał słabł, bowiem pogoda zaserwowała nam opady deszczu psując wycieczkę. Wystarczyło wejść na polną bądź leśną ścieżkę aby zapoznać się ze sporą ilością błota. W takich warunkach, o wiele trudniej cieszyć się beskidzką przyrodą, jednakże ekipa zniosła dzielnie te warunki. Współczucia należały się za to drugiej grupie, która musiała się męczyć z zejściem z Lackowej w takiej aurze.

Kościół w Wysowej-Zdroju

Na Przełęczy Perehyba nastąpił postój, na którym przodownik prowadzący naszą grupę, obejrzał sobie mą książeczkę Górskiej Odznaki Turystycznej. Następnie ruszyliśmy bez szlaku. Gęste chmury więziły okoliczne szczyty, toteż na poprawę humoru niektórzy robili sobie wspólne pamiątkowe zdjęcia. Soczyście zielona polana sprowadziła nas do nieistniejącej już wsi - Bielicznej, gdzie ujrzeliśmy kilka koni, stare cmentarzysko, a także opuszczoną cerkiew. Wokół zaś żywej duszy nie było, nawet żadnego domostwa. Jak zatem to wyjaśnimy?

2) stare cmentarzysko w Bielicznej
Historia Bielicznej rozpoczyna się w 1585 roku, kiedy to na mocy prawa lokacyjnego pierwszych osadników sprowadził Iwan Izbiański z pobliskiej miejscowości Izby. Wieś liczyła 34 gospodarstwa. Cerkiew wybudowano w 1796 roku. 
Po wojnie przyszły straszne czasy "Akcji Wisła". Wszystkich mieszkańców wysiedlono, a wieś spalono. Została tylko cerkiew. 
Dziś, po latach - idąc z Izb do Bielicznej, nie znajdziemy żadnego znaku zamieszkania. Nie ma domów, studni,  fundamentów. Gdzie były gospodarstwa, poznasz tylko na wiosnę po kwitnących drzewach owocowych.  
Cerkiew została odnowiona w 1985 roku. Co ciekawe, jest zawsze otwarta. Nikt nic nie ukradł, nie zniszczył, jest czysto i cichutko. Często służy jako schronienie w przypadku trudnych warunków atmosferycznych dla turystów odwiedzających te okolice.

1-2) cerkiew w Bielicznej z 1796 r.
Asfaltową drogą dotarliśmy do Izb, gdzie wyróżnia się dawna cerkiew greckokatolicką pod wezwaniem św. Łukasza Ewangelisty. Pogoda coraz bardziej dawała się we znaki, zaczął padać deszcz...

w drodze z Bielicznej do Izb, w tle dawna cerkiew
Nic nie zapowiadało poprawy pogody. Deszcz się nasilał. Pamiętam, że Mariusz pożyczył mi swój kowbojski kapelusz, dzięki czemu moja powłoka ochronna nabrała większych wymiarów. Choćbym chciał i bardzo się starał to więcej retrospekcji z tego dnia nie wyciągnę. Pośród mgieł i błota powróciliśmy do Mochnaczki, w której przebraliśmy mokre ciuchy. Co ciekawe, odbywało się to w zaciszu wiaty przystanku autobusowego. Następnie podjechaliśmy po drugą grupę, która była ubrudzona jeszcze bardziej. Oni z kolei nie mieli nawet sekundy na pozbycie się przemoczonych ubrań.

   Beskid Niski pożegnał nas błotem i brzydką aurą...

W takich oto warunkach powróciliśmy do Krakowa co oczywiście nie oznaczało złych nastrojów. Zabraliśmy ze sobą mnóstwo wspomnień, a każdy cieszył się ze sprostania wyzwaniom narzuconym przez Beskid Niski oraz pogodę. Z pewnością poczuliśmy się bardziej zintegrowani. Tym samym należy podziękować przewodnikom, Maćkowi, Joli, Mariuszowi oraz wf-istce Ani, o której nie wspominałem za wspaniały wyjazd. Szkoda, że był to mój ostatni Rajd Górski im. Józefa Dietla. Na pamiątkę pozostała ta retrospekcja oraz cenna odznaka...