9 marca 2013

Beskid Mały (Chrobacza Łąka + Czupel)

Gdy za oknem topniejący śnieg ustępuje powoli miejsca pierwszym oznakom wiosny - znak jest to wymowny, że już czas powrócić w góry!  Niech jednak pierwiosnki tudzież śpiewy ptaków nikogo nie zmylą - w górach zima trwa o wiele dłużej niż w mieście, toteż trzeba być na to odpowiednio przygotowanym. Aby więc nie tonąć w zaspach śniegu, wspólnie z Klubem Turystyki Górskiej "Wierch" wybraliśmy się w urocze zakątki Beskidu Małego, gdzie szczyty nie przekraczają 1000 m n.p.m. Może odnajdziemy tam dziewicze powiewy wiosny - pomyśleliśmy przed wyjazdem. Czy wiosna, czy też zima - oboje cieszyliśmy się na inaugurację górskich wędrówek w 2013 roku.

Miejsce: zachodnia część Beskidu Małego (nieopodal Jeziora Międzybrodzkiego)

Cel: kontynuacja zdobywania szczytów do Korony Beskidów

Trasa: Żarnówka Duża  Schronisko Chrobacza Łąka  Chrobacza Łąka (828 mPrzełęcz u Panienki (710 m)  Groniczki (839 m)  Przełęcz między Gaikami i Groniczkami  Przełęcz Przegibek (663 m)  Schronisko PTTK Magurka Wilkowicka (912 m)  Czupel (933 m)  Suchy Wierch (799 m)  Czernichów

Długość trasy: 18 km

Pogoda: mało wiosenna

Widoczność: brak

Co ciekawe przemierzona trasa była niemal identyczna do tej jaką przeszedłem w maju 2009 roku  (link). Pogoda wtedy nie dopisała przez co teraz istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie po prostu lepiej. Niestety, w trakcie dojazdu do Jeziora Międzybrodzkiego musieliśmy się rozczarować. Beskid Mały przywitał nas mgłą i pluchą tak jakby jeszcze nie wybudził się ze snu zimowego.

Pośród zabudowań osiedla Sadliki poczęliśmy się wspinać drogą asfaltową stromo ku górze. Jezioro Międzybrodzkie powoli niknęło za naszymi plecami wskutek wkroczenia naszej grupy w gęstą pierzynę mgieł. Jakby białego koloru było nam tego dnia mało, wraz ze wzrostem wysokości płaty śniegu robiły się coraz większe. Czyżby zaspy miały Nas jednak nie ominąć?

1) schronisko Chrobacza Łąka, 2) marcowy szlak obok schroniska
W związku z niemożnością cieszenia się widokami, do schroniska dotarliśmy w miarę szybko. Tam śniegu było już całkiem sporo. Pozostawało więc ukryć się w jadalni budynku ocieplając organizm herbatką z termosu. Prócz wielu sympatycznych rozmów, czas umilały ściany bufetu, na których ujrzeć mogliśmy wiele górskich panoram i to nie tylko z terenu Żywiecczyzny. Gdy wzrok skacze po tatrzańskich pejzażach marzenia i pragnienia zostają szybko rozbudzone. Oby ten nadchodzący rok pozwolił je spełnić w choć małej cząstce.

Teraz zaś zagadka. Skąd wzięła się nazwa szczytu, pod którego kopułą zaliczaliśmy właśnie popas? Otóż każdy kto uda się w to miejsce szlakiem żółtym ujrzy nieopodal spore połacie łąk, które dawno temu należały do rolnika o nazwisku Chrobak. I w pewnym sensie tak już "pozostało"...

Nie dajcie się też zwieść pisowni. Otwierając mapę, bądź inne materiały często spotkacie się z pisownią przez samo "H". Jest to błąd, który powielany jest nawet na drogowskazach i tablicach informacyjnych. Gdy odkryłem ów ciekawostkę byłem zaskoczony i szczerze mówiąc do teraz trudno mi się jest przestawić. To zupełnie tak jak z Tarnicą, która nie jest najwyższym szczytem Bieszczadów albo też jak z Babią Górą nie będącą najwyższą górą Beskidów.

Kilka minut od schroniska na spragnionych widoków czeka szczyt Chrobaczej Łąki okraszony wysokim na 35 metrów krzyżem. Można z niego podziwiać kopuły wierzchołków Beskidu Małego oraz Żywieckiego zaś prawdziwi szczęściarze dojrzą nawet Tatry Zachodnie. My tymczasem...

widok z Chrobaczej Łąki w dniu 9 III 2013 r.
A co tam, jeszcze kiedyś tu powrócimy i ujrzymy wszystko czego tylko dusza zapragnie. Wszak do trzech razy sztuka. Skupmy się zatem na krzyżu. Skąd się tu wziął?
Ufundowany został przez lokalną społeczność na trzecie tysiąclecie oraz 10-lecie diecezji bielsko-żywieckiej. Poświęcony w dniu 21 IX 2002 r. przez ks. bp Tadeusza Rakoczego. Oświetlony nocą dwudziestoma światłami białymi oraz dwoma czerwonymi jest widoczny z daleka.
Co ciekawe jego ciężar to aż 6,8 t zaś szerokość ramion - 10,5 m. Fundamenty natomiast są wbite na głębokość sześciu metrów. Godnym uwagi jest głaz spoczywający u podnóża konstrukcji. Widnieje nań wyryty napis: "Stat crux dum volvitur orbis" co znaczy: "Krzyż stoi tak długo, jak kręci się świat"
łacińska inskrypcja
W dalszej fazie wędrówki przemierzaliśmy posępny las, który u samotnego wędrowca mógłby wzbudzać obawy zakrawające o strach. Jak dobrze, że nie byłem tam sam! Ponadto w opiece miały nas niebiosa, bowiem kolejnym akcentem religijnym była kapliczka z "Panienką" tzn. Madonną z Dzieciątkiem. Co ciekawe, stoi tam już od 1884 roku, a ufundował ją nadleśniczy z pobliskich Kóz - J. Beinlich. Nie dziwota więc skąd przełęcz zawdzięcza swą nazwę. Miejsce upiększone zostało kwiatami oraz flagami Polski i Watykanu. Jest to również węzeł szlaków z licznymi drogowskazami, które pokierują turystów nie posiadających map.

17 listopada 2012

Brama Krakowska (Wzgórza Tynieckie)

Walory krajobrazowe oraz zabytkowe Tyńca tak bardzo nam się spodobały, że już po niespełna tygodniu powróciliśmy w te rejony, aby kontynuować spacer. Nie ukrywam, że skusiły nas do tego prognozy pogody obwieszczające bezchmurne i słoneczne niebo. Złota polska jesień w pełni, toteż aż szkoda by było jej nie wykorzystać! Z wielką radością w sercach, ruszyliśmy w sobotni poranek w kierunku Tyńca... 

Miejsce: zachodnie krańce Krakowa

Makroregion: Brama Krakowska

Cel: wędrówka Lasami Tynieckimi

Trasa: Tyniec Kamieniołom MPK  ul. Stępice  Guminek (293 m)  przez Lasy Tynieckie  ul. Bagienna  Ostra Góra (285 m)  Rezerwat Skołczanka  Duża Kowodrza (261 m)  ul. Toporczyków  Wielkanoc  ul. Zagórze  ul. Bolesława Śmiałego MPK

Długość spaceru: ok. 6,5 km

Pogoda: wredna

Widoczność: brak

Poprzednia część retrospekcji:  Opactwo Benedyktynów + Grodzisko 

Na miejscu - jak i w całym mieście - zastaliśmy kompletną mgłę. Początkowo, taka sytuacja nas lekko przeraziła, ponieważ zamiast prognozowanej temperatury, dostaliśmy od natury istną epokę lodowcową. W związku z tym, już na starcie uraczyliśmy się ciepłą herbatką wprost z buchającego parą termosu. Z drugiej strony, jesienne zamglenia nie są przecież niczym wyjątkowym. Nawet pogodynka wspominała, że do południa może utrzymywać się taki stan rzeczy. Licząc więc na szybką poprawę, ruszyliśmy szlakiem zielonym, aby jak najszybciej rozgrzać mięśnie.

1-2) w takich warunkach rozpoczęliśmy spacer
Powyższe obrazki przypominają bardziej kadry z filmów grozy bądź z reality show tyczących się przetrwania w bezludnym lesie. Swoją drogą, mogliśmy mieć takie odczucia, bowiem w tą aurę na przestrzeni kilku kilometrów nie spotkaliśmy żywej duszy. Nie mniej, spacerując we dwójkę, czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Mogliśmy przeto zagłębić się w żywą dyskusję. Przy doborowym towarzystwie nawet tak mglisty dzień może być więc niezwykle udany.

szlak prowadził w przeważającej części po terenie leśnym
Gdy tylko spoglądaliśmy w górę, ponad koronami drzew nie znaleźliśmy nawet cienia szansy na rozpogodzenia. Pozostawało więc obserwowanie przeciwległego kierunku, bowiem tylko tam mogliśmy zastać oznaki jesieni. Ścieżkę pokrywały niezliczalne połacie listowia, toteż nasz spacer odbywał się pod znakiem charakterystycznego dźwięku szemrzących liści. Z radością, niczym małe dzieci, za pomocą zamaszystych wymachów kończyn dolnych, wprawialiśmy liście w powietrzny taniec.

inny ciekawy widoczek
Przez pierwszą część trasy, krajobraz był dość jednostajny. Szlak urozmaicały liczne tablice informacyjne, z których dowiedzieliśmy nieco więcej o terenach jakie wówczas poznawaliśmy. Ponadto, jedna z nich okraszona była nazwą "Ptasi budzik". Cóż się pod tym kryje? Jak powszechnie wiadomo, bodźcem budzenia się ptaków jest zazwyczaj świt. Istną ciekawostką jest jednak fakt, iż czas rozpoczęcia porannego śpiewania jest zazwyczaj utrwaloną cechą zależną od określonego stopnia rozwidnienia się. Ten specyficzny zegar przyrodniczy jest tak dokładny, że w pewnym przedziale czasowym poranka można dać się obudzić śpiewem wybranego gatunku ptaków. Oczywiście, wraz z postępującymi tygodniami wiosny oraz lata, trzeba odpowiednio skorygować ów czas, gdyż wiadomo, że zmianom ulega wtedy główny czynnik a więc moment wschodu Słońca.

ptasi budzik, zegar dotyczy sytuacji jaka obowiązuje w połowie maja tj. wtedy gdy pierwsze rozwidnienia następują o godz. 4:00 czasu letniego
Szkoda więc, że trafiliśmy na taką aurę wskutek której o ptasim śpiewie mogliśmy tylko pomarzyć.

Osobnej ekspozycji doczekały się również mrówki, które są niezwykle pożytecznymi istotami. Żywią się najczęściej owadami, stąd ich rola w lesie jest bardzo ważna m. in. w likwidowaniu gąsienic szkodników liściożernych. Wyobraźcie sobie, że typowe mrowisko niszczy ok. jednego miliona szkodników w sezonie zaś w czasie ich masowego pojawiania się (tzw. gradacji) nawet dziesięciokrotnie więcej! Stąd też mrówki nazywane są "policją lasu", spełniają rolę porządkującą usuwając padlinę oraz małe, chore osobniki różnych zwierząt.

1-2) właśnie tak wyglądała nasza wędrówka
Kolejny przystanek tyczący się ochrony fauny - wyjątkowo - zapamiętaliśmy nie ze względu na zawarte w planszy informacje lecz wskutek mojego nagłego paraliżu. Do dziś nie wiem co się stało, poczułem silny ból w okolicy pleców, toteż całe szczęście, że tuż obok usytuowana była drewniana ławeczka. Leżałem na niej kilka ładnych minut, gdyż tylko wtedy mogłem odetchnąć od cierpień. Następnie, spróbowałem unieść swój korpus. Początkowo samodzielnie co niestety nie zdało egzaminu, gdyż za każdym razem atak bólu był tak spory, że lądowałem na ławce niczym rażony piorunem. W konsekwencji, doszło do prześmiesznej i przesympatycznej sytuacji kiedy Justynka próbowała ze wszystkich sił pociągnąć mnie ku górze. Nie wiem ile to wszystko trwało aczkolwiek koniec końców ból mięśni grzbietu ustał i mogliśmy kontynuować wędrówkę.

miejsce akcji mej reanimacji 
Jak na złość, chwilkę później nadeszło soczyste podejście pod Ostrą Górę. Biorąc pod uwagę krakowskie warunki, ów stromizna była całkiem konkretna przez co ledwo się na nią wdrapałem. Oj cieszcie się, że nie musieliście słyszeć mego sapania oraz narzekań!

Może więc na odreagowanie, zastanówmy się nad etymologią nazwy "Tyniec".
Pochodzenie nazwy Tyniec wydaje się jednoznaczne. W językach słowiańskich dość często występują miejscowości o nazwach "tyny" i "tyńce" jako oznaczenie miejsca warownego. "ec" jest zdrobnieniem słowa. Ponadto: skandynawskie tun, niemieckie tinz, germańskie tuna mają bardzo bliskie, pokrewne znaczenia, a więc: ogrodzenie, gród, wzniesienie itp. Świadczy to o tym, że musiały się w Tyńcu znajdować umocnienia lub obwarowania co zresztą potwierdzają badania historyczne.
Po Ostrej Górze nastąpiło zejście, które sprowadziło nas do Rezerwatu florystycznego "Skołczanka". Tuż po przekroczeniu jego granic, dostrzegliśmy coś, czego żadnego z nas się nie spodziewało. Otóż we wnęce zbocza, z którego wyrasta wapienna skała, ujrzeliśmy wielki, biały posąg. Ze względu na mgłę nie potrafiliśmy jednocześnie określić co tam się dokładnie znajduje. Prowadził nań długi ciąg schodów. Postanowiliśmy rozwikłać tą zagadkę.

11 listopada 2012

Brama Krakowska (Opactwo Benedyktynów w Tyńcu)

Listopadowy dzień - nieporównywalnie bardziej skromny od najdłuższych w roku - sprawia, że dalekie wojaże choćby z logistycznego punktu widzenia są trudne do zrealizowania. Krakusi mają jednak to szczęście, że już kilka kilometrów od ścisłego centrum - i to w niemal każdym kierunku - znajdą wiele uroczych terenów obfitujących nie tylko w zielone trakty spacerowe ale również i zabytki. Wykorzystując swój zmysł organizacji wycieczek, zaplanowałem spacer po najbardziej na południe wysuniętej części Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Co kryje się pod tym opisem? Otóż Wzgórza Tynieckie wraz z prawdziwą architektoniczną i historyczną perłą: klasztorem wzniesionym - tuż nad rzeką Wisłą - na ogromnej wapiennej skale, którą od wieków zamieszkują Benedyktyni. Wszystkie te atrakcje spaja ze sobą wyznakowany na zielono szlak turystyczny. Skoro wiemy już wszystko, czas opuścić wygodne fotele, odstawić pilot do telewizora na bok i wyruszyć, bo jest co w Tyńcu podziwiać! 

Miejsce: zachodnie krańce Krakowa

Makroregion: Brama Krakowska

Cel: poznanie uroków Tyńca

Trasa: Tyniec MPK  ul. Benedyktyńska  Opactwo Benedyktynów  wałem Wisły  Grodzisko (280 m)  ul. Grodzisko  ul. Bogucianka MPK

Długość spaceru: ok. 4 km

Pogoda: wymarzona

Nasza sympatyczna dwójka spotkała się o poranku w Borku Fałęckim, z którego wygodnym i bezpośrednim połączeniem mogliśmy przemieścić się w interesującym nas kierunku. Swoją drogą to niezmotoryzowani dojadą do Tyńca liniami 112 bądź 203. Gdy siedzieliśmy już w autobusie, klucząc wąskimi uliczkami pośród peryferii miasta, podziwialiśmy ustępujące ślamazarnie mgły. Co najważniejsze, spoglądając w górę mogliśmy ujrzeć bezchmurne niebo o zabarwieniu soczystego błękitu. Podziwiając tak krajobrazy, niczym grom z jasnego nieba, zorientowaliśmy się nagle, że autobus nasz będzie jechał przez Skawinę, a więc przez strefę, której nasze bilety miesięczne już nie uwzględniają. Zaczęliśmy się więc nerwowo rozglądać po pojeździe. Oprócz nas, znajdowały się w nim same seniorki zmierzające zapewne na niedzielną mszę. Czy widzieliście kiedyś kanara w moherowym berecie? Pora była dość wczesna, a do tego ten autobus jeździ raz na kilka godzin. Musielibyśmy mieć wielkiego pecha, aby zaliczyć "wpadkę". Szybka wymiana zdań sprawiła, że zrezygnowaliśmy więc z kupna biletów u kierowcy. Nie mniej, przejeżdżając przez Skawinę, zżerały mnie nerwy przez co skrupulatnie analizowałem każdego wsiadającego pasażera pod kątem tego czy może być on kontrolerem. Muszę przyznać, że wychodziły z tego całkiem zabawne "rozkminy" aczkolwiek koniec końców, po ponownym znalezieniu się w granicach Krakowa, mogliśmy odetchnąć z ulgą! 

Po długiej i emocjonującej podróży, radośnie zainaugurowaliśmy spacer, przemierzając ciche i skromne tynieckie uliczki. Asfalt piął się delikatnie ku górze, co oznaczało, że zbliżaliśmy się do pierwszego, i to od razu najbardziej reprezentatywnego wzgórza. Przeto znaleźliśmy się w odległości kilkudziesięciu metrów od bram Opactwa.

Opactwo Benedyktynów skryte za murem drzew
droga prowadząca do bram Opactwa
Co ciekawe, do klasztoru wiedzie aleja lipowa zasadzona po zakończeniu walk toczonych tutaj podczas konfederacji barskiej. Korciło nas bardzo by przekroczyć mury nasiąknięte historią. Nim jednak znaleźliśmy się w sercu Opactwa, ujrzeliśmy posąg Matki Boskiej oraz bramę św. Benedykta zwieńczoną figurą świętego. Brama ta prowadzi do ogrodów, w których znajdują się ślady szańców z okresu wojen szwedzkich. Obecnie, zakonnicy uprawiają w nim owoce, warzywa i kwiaty. Jeden akapit, a aż dwa wątki historyczne! Będzie o czym opowiadać! Rozpocznijmy zatem naszą opowieść o Benedyktynach. 


Skąd w ogóle wzięli się Benedyktyni i jakie zasady są ich mottem? Skoro znajdujemy się pod bramą św. Benedykta to jest to idealny moment, aby przybliżyć jego postać:
Święty Benedykt (ok. 480-547) urodził się w Nursji (obecnie we Włoszech). Początkowo był pustelnikiem. Później jednak stał się mistrzem dla licznie przybywających do niego uczniów. Jest nazywany patriarchą mnichów Zachodu. Reguła jego autorstwa służy benedyktynom, kamedułom, cystersom, trapistom oraz licznym zgromadzeniom żeńskim. Jej podstawowa idea jest zawarta w słowach: "Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony". Benedyktyńską dewizą jest Ordo et Pax - ład i pokój. Jak pisze Benedykt: "trzeba zawsze postępować tak, aby w domu Bożym (czyli w klasztorze) nikt się nie niepokoił ani nie doznawał przykrości".
Gdy posiedliśmy tą elementarną wiedzę, poczuliśmy, iż jesteśmy godni aby wejść do środka. Przechadzając się aleją lipową (w międzyczasie natrafiliśmy na kilka tabliczek, z których mogliśmy się dowiedzieć m. in. o historii tego miejsca) dotarliśmy do krótkiego tunelu prowadzącego wprost na dziedziniec.

Tam, ujrzeliśmy co najmniej kilka ciekawych rzeczy. Naszej uwadze nie umknęły oczywiście wysokie mury obronne oraz zabudowania klasztorne. Nie oszukujmy się jednak, największe wrażenie wywarł na nas kościół św. Piotra i św. Pawła.

1-2) dwa "rzuty oka" na otoczenie wokół dziedzińca
To niesamowite ale już niedługo, miejsce to będzie obchodzić milenium swego istnienia!
Opactwo zostało prawdopodobnie ufundowane przez Kazimierza Odnowiciela w 1044 roku, choć niektórzy historycy przypisują ten akt Bolesławowi Śmiałemu, przesuwając datę powstania na lata 1076 - 1079. Być może temu ostatniemu zawdzięczamy jedynie budowlę tutejszego kościoła. Opactwo było przez wieki znaczącym ośrodkiem życia duchowego i kulturalnego, od początku słynącym z zasobnej biblioteki. Z niej pochodzi wyjątkowo cenny zabytek romański - Sakramentarz tyniecki - włączony do zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie. Jest to XII-wieczny kodeks pisany złotem na purpurze i ozdobiony całostronicowymi miniaturami.
Początkowo benedyktyni spełniali ważną misję cywilizacyjną poprzez szerzenie oświaty, znajomości pisma, przepisywanie starych dokumentów i dzieł, dzięki czemu wiele z nich ocalało. Ponadto dużą rolę odegrali w krzewieniu nowych sposobów uprawy roli i roślin. W późniejszym czasie mnisi sami, nie zawsze legalnymi drogami, zabiegali o powiększeni swoich posiadłości. W wyniku tego do połowy XV wieku klasztor posiadał olbrzymią fortunę złożoną ze "stu wsi i pięciu miasteczek" (m. in. Skawina, Opatowiec, Tuchów) i zaliczał się do najbogatszych w Polsce - tak pisał o nim Jan Długosz.
Położenie klasztoru sprawiło, że odgrywał on też ważną rolę strategiczną, np. w walkach o tron krakowski w okresie rozbicia dzielnicowego, a kilkaset lat później jako punkt oporu konfederatów barskich. W 1816 roku władze zaborcze usunęły stąd zakonników wskutek ich oświadczenia popierającego stronę polską w czasie wojen napoleońskich zaś 15 lat później zabudowania strawił pożar. Benedyktyni powrócili do Tyńca dopiero w 1939 roku. W latach powojennych często bywał tu Karol Wojtyła.
Wielokrotnie niszczone i odbudowywane opactwo stanowi jedyną w swoim rodzaju mozaikę stylów. W latach 1961 - 1965 odsłonięto fundament i część murów pierwotnej bazyliki romańskiej, odkrywając groby siedmiu opatów z XI, XII i XIII wieku. W jednym z nich odnaleziono bezcenny XI-wieczny złoty kielich z pateną, przechowywany obecnie na Wawelu.
kościół św. Piotra i św. Pawła
Dziś, jest to najstarszy działający w Polsce klasztor. Gdzie zatem byśmy nie spojrzeli, historia, wszędzie historia! Co ważne, nawet miłośnicy krajobrazów znajdą tu coś dla siebie. Otóż, wystarczy zrobić kilka małych kroczków, aby dostać się na taras widokowy. Tam zaś widok jak z bajki!

taki widok czeka każdego, kto tylko zechce wdrapać się na dziedziniec opactwa
Mogliśmy podziwiać malowniczy przełom Wisły. Niezakłócona żadnymi żywiołami aura sprawiła, że rzeka zamieniła się w lustro, w którym przeglądaliśmy płynące po niebie obłoki. Pejzaże upiększały też charakterystyczne, wapienne skałki świadczące dobitnie o tym, że znajdujemy się w granicach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Gdzieś w oddali dojrzeliśmy także starorzecze Wisły nie mówiąc już o widoku na horyzoncie, który wieńczyły bliżej niezidentyfikowane pasma Beskidów.

W takich warunkach, ilość zdjęć w pamięci aparatu wzrastała w fertycznym tempie. Kandydatów do zamieszczenia w retrospekcji miałem więc mnóstwo. Kilka fotografii szczególnie sobie umiłowałem. Są bowiem dowodem na to, że kiedyś - choć przez chwilę - wszystko układało się po naszej myśli.

pod tym drzewem raczyliśmy się tynieckimi pejzażami
Z tarasu widokowego, ujrzeć można również zabudowania pobliskich Piekar, zaś w oddali długi wał będący Garbem Tenczyńskim. Co ciekawe, na jego grzbiecie dostrzegliśmy charakterystyczną białą kulę będącą radarem, wszak w pobliżu znajduje się lotnisko w Balicach.

widok z tarasu widokowego, w tle Garb Tenczyński
Benedyktyni na terenie opactwa prowadzą szeroką działalność, m. in. wydawnictwo, hotel, restaurację oraz centrum sprzedaży, w którym nabyć można rozmaite specjały wykonane wg zakonnej receptury: konfitury, miody, herbaty, zioła, a także likiery. 

szyld zachęca do zakupów
Skuszeni marką benedyktyńskich specjałów, zajrzeliśmy do ich sklepu. We wnętrzu znaleźliśmy wszystko czego tylko ludzki żołądek może chcieć, aby poczuć się jak w raju. Przeglądaliśmy rozmaite przyprawy oraz herbaty ciesząc wzrok oryginalnymi i tradycyjnymi opakowaniami. Radość kończyła się przy dojrzeniu cen za wymienione produkty, które przewyższały kilkukrotnie te jakie spotykamy w normalnych sklepach. Wiadomo, nie można się temu dziwić aczkolwiek z racji skromnych funduszy, opcja przywiezienia naszym mamom jakiegoś benedyktyńskiego specjału spaliła na panewce. 

Oprócz wiekowych murów, klasztoru oraz kościoła, znajduje się w obrębie dziedzińca jeszcze jeden godny uwagi obiekt. Otóż zaciekawiła nas kołowrotowa studnia "okryta" drewnianym dachem, umocowanym na ośmiu słupach. Co ciekawe, nie użyto ku temu żadnych gwoździ. Przeszło 40-metrową studnię wykuto w skale w 1620 roku, a lustro wody zlokalizowane jest na poziomie płynącej obok Wisły. Skąd jednak pomysł, aby na kilkudziesięciometrowej skale budować ujęcie wody? O pochodzeniu tej tajemniczej studni opowie nam legenda...
Na dworze królewskim mieszkało dwóch przyjaciół Jaśko i Staszko Nałęcz. Mimo, że byli przyjaciółmi, różnili się znacznie charakterami. Jaśko był porywczy, gwałtowny, łatwo wszczynający bójkę, natomiast Staszko, był zawsze pogodny, spokojny i opanowany. Żyli tak przez wiele lat, aż do czasu, kiedy doszło do sprzeczki między nimi. Podczas niej Jaśko wyjął miecz i zabił Staszka. 
Po zabójstwie sąd królewski kazał ściąć Jaśka, ale na prośbę opata tynieckiego, został wydany opactwu tynieckiemu. Za karę miał kopać kilofem studnię, w litej, wapiennej skale, aż do chwili, kiedy ukaże się woda. Kopał tak przez wiele lat, nie wychodząc na zewnątrz. Nawet jedzenie posyłano mu na linie. Ale pewnej nocy ukazał mu się duch zamordowanego przyjaciela, który powiedział, że przebacza mu jego winę. Powiedział mu także, ażeby rano wskoczył do skrzyni, która zostanie spuszczona na odłamki skalne. 
Nazajutrz, gdy spuszczono linę ze skrzynią, Jaśko wskoczył do niej i pojechał w górę. Gdy tylko skrzynia oderwała się od dna studni, ta zaczęła się napełniać wodą. 
słynna studnia
Jak widać, studnia stoi na dziedzińcu klasztornym po dziś dzień... Każdy kto zawita do Tyńca może przeczytać rozszerzoną wersję legendy, która dostępna jest przy obiekcie. Pamiętam, że gdy my zagłębialiśmy się w tą historię, humanistycznie uzdolniona Ju wieki czekać musiała zanim ja - w iście żółwim tempie - doczytam do końca.

Jako, że nasz spacer odbywał się w niedzielę, skorzystaliśmy z okazji biorąc udział we mszy świętej. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bowiem była to jedyna tego dnia liturgia, w której udział wzięli mnisi w swych charakterystycznych strojach. Mogliśmy zatem przyjrzeć się im z bliska.

Oczywiście nie tylko z tego względu dobrze wspominamy ten czas. Otóż wysłuchaliśmy krótkiego acz konkretnego kazania. Właśnie te cechy powinna zawierać dobra oracja, aby słuchacze mogli z niej zapamiętać to co najistotniejsze. O czym była zatem mowa? Ogółem rzecz biorąc - o miłości. O tym, że uczucie to wymaga zaangażowania albowiem tylko wtedy jest ono możliwe. Miłość wszak tak przyjemnie się dla siebie "bierze", a warto czasem zastanowić się nad tym czy sami okazujemy ją w należytym stopniu. Kilka prostych acz prawdziwych słów. Niby trywialna recepta tylko dlaczego tak trudna do zastosowania w realnym życiu?

Uczestniczenie we mszy stało się również okazją to bacznego rzucenia okiem na wyposażenie kościoła. Godnymi uwagi był ołtarz główny z czarnego marmuru, piękne, lipowe, wczesnobarokowe stalle i oryginalna rokokowa ambona o kształcie płynącej na fali Łodzi Piotrowej. Co ciekawe, obie nawy boczne powstały przez połączenie sześciu kaplic. Ich kopuły ozdobione są polichromią z 1754 roku. Podobnie jak klasztor, kościół również stoi na resztkach kilku wcześniejszych świątyń (romańskiej, gotyckiej).

Końcówka liturgii wywołała za to w naszych szeregach szeroki uśmiech. Otóż - tradycyjnie - wyczytywano intencje mszalne na przyszły tydzień. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że niemal na każdy dzień intencja była ta sama i tyczyła się błogosławieństwa międzypokoleniowego dla rodziny Adama. Gdy zatem usłyszeliśmy tą frazę po raz enty, z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu, bowiem kapłan wymawiał ją w specyficzny sposób.

fasada kościoła św. Piotra i św. Pawła
Znów znaleźliśmy się na pięknym dziedzińcu. Tym razem jednak, nastał moment aby pożegnać się z zabytkowym opactwem. Co ciekawe, nasz spacer trwał już niemal 2,5 h, a my przeszliśmy w tym czasie ledwie kilkaset metrów! Czas więc podkręcić licznik.