11 listopada 2012

Brama Krakowska (Opactwo Benedyktynów w Tyńcu)

Listopadowy dzień - nieporównywalnie bardziej skromny od najdłuższych w roku - sprawia, że dalekie wojaże choćby z logistycznego punktu widzenia są trudne do zrealizowania. Krakusi mają jednak to szczęście, że już kilka kilometrów od ścisłego centrum - i to w niemal każdym kierunku - znajdą wiele uroczych terenów obfitujących nie tylko w zielone trakty spacerowe ale również i zabytki. Wykorzystując swój zmysł organizacji wycieczek, zaplanowałem spacer po najbardziej na południe wysuniętej części Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Co kryje się pod tym opisem? Otóż Wzgórza Tynieckie wraz z prawdziwą architektoniczną i historyczną perłą: klasztorem wzniesionym - tuż nad rzeką Wisłą - na ogromnej wapiennej skale, którą od wieków zamieszkują Benedyktyni. Wszystkie te atrakcje spaja ze sobą wyznakowany na zielono szlak turystyczny. Skoro wiemy już wszystko, czas opuścić wygodne fotele, odstawić pilot do telewizora na bok i wyruszyć, bo jest co w Tyńcu podziwiać! 

miejsce: zachodnie krańce Krakowa

makroregion: Brama Krakowska

cel: poznanie uroków Tyńca

trasa: Tyniec MPK  ul. Benedyktyńska  Opactwo Benedyktynów  wałem Wisły  Grodzisko (280 m)  ul. Grodzisko  ul. Bogucianka MPK

długość spaceru: ok. 4 km

pogoda: wymarzona

Nasza sympatyczna dwójka spotkała się o poranku w Borku Fałęckim, z którego wygodnym i bezpośrednim połączeniem mogliśmy przemieścić się w interesującym nas kierunku. Swoją drogą to niezmotoryzowani dojadą do Tyńca liniami 112 bądź 203. Gdy siedzieliśmy już w autobusie, klucząc wąskimi uliczkami pośród peryferii miasta, podziwialiśmy ustępujące ślamazarnie mgły. Co najważniejsze, spoglądając w górę mogliśmy ujrzeć bezchmurne niebo o zabarwieniu soczystego błękitu. Podziwiając tak krajobrazy, niczym grom z jasnego nieba, zorientowaliśmy się nagle, że autobus nasz będzie jechał przez Skawinę, a więc przez strefę, której nasze bilety miesięczne już nie uwzględniają. Zaczęliśmy się więc nerwowo rozglądać po pojeździe. Oprócz nas, znajdowały się w nim same seniorki zmierzające zapewne na niedzielną mszę. Czy widzieliście kiedyś kanara w moherowym berecie? Pora była dość wczesna, a do tego ten autobus jeździ raz na kilka godzin. Musielibyśmy mieć wielkiego pecha, aby zaliczyć "wpadkę". Szybka wymiana zdań sprawiła, że zrezygnowaliśmy więc z kupna biletów u kierowcy. Nie mniej, przejeżdżając przez Skawinę, zżerały mnie nerwy przez co skrupulatnie analizowałem każdego wsiadającego pasażera pod kątem tego czy może być on kontrolerem. Muszę przyznać, że wychodziły z tego całkiem zabawne "rozkminy" aczkolwiek koniec końców, po ponownym znalezieniu się w granicach Krakowa, mogliśmy odetchnąć z ulgą! 

Po długiej i emocjonującej podróży, radośnie zainaugurowaliśmy spacer, przemierzając ciche i skromne tynieckie uliczki. Asfalt piął się delikatnie ku górze, co oznaczało, że zbliżaliśmy się do pierwszego, i to od razu najbardziej reprezentatywnego wzgórza. Przeto znaleźliśmy się w odległości kilkudziesięciu metrów od bram Opactwa.

Opactwo Benedyktynów skryte za murem drzew
droga prowadząca do bram Opactwa
Co ciekawe, do klasztoru wiedzie aleja lipowa zasadzona po zakończeniu walk toczonych tutaj podczas konfederacji barskiej. Korciło nas bardzo by przekroczyć mury nasiąknięte historią. Nim jednak znaleźliśmy się w sercu Opactwa, ujrzeliśmy posąg Matki Boskiej oraz bramę św. Benedykta zwieńczoną figurą świętego. Brama ta prowadzi do ogrodów, w których znajdują się ślady szańców z okresu wojen szwedzkich. Obecnie, zakonnicy uprawiają w nim owoce, warzywa i kwiaty. Jeden akapit, a aż dwa wątki historyczne! Będzie o czym opowiadać! Rozpocznijmy zatem naszą opowieść o Benedyktynach. 


Skąd w ogóle wzięli się Benedyktyni i jakie zasady są ich mottem? Skoro znajdujemy się pod bramą św. Benedykta to jest to idealny moment, aby przybliżyć jego postać:
Święty Benedykt (ok. 480-547) urodził się w Nursji (obecnie we Włoszech). Początkowo był pustelnikiem. Później jednak stał się mistrzem dla licznie przybywających do niego uczniów. Jest nazywany patriarchą mnichów Zachodu. Reguła jego autorstwa służy benedyktynom, kamedułom, cystersom, trapistom oraz licznym zgromadzeniom żeńskim. Jej podstawowa idea jest zawarta w słowach: "Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony". Benedyktyńską dewizą jest Ordo et Pax - ład i pokój. Jak pisze Benedykt: "trzeba zawsze postępować tak, aby w domu Bożym (czyli w klasztorze) nikt się nie niepokoił ani nie doznawał przykrości".
Gdy posiedliśmy tą elementarną wiedzę, poczuliśmy, iż jesteśmy godni aby wejść do środka. Przechadzając się aleją lipową (w międzyczasie natrafiliśmy na kilka tabliczek, z których mogliśmy się dowiedzieć m. in. o historii tego miejsca) dotarliśmy do krótkiego tunelu prowadzącego wprost na dziedziniec.

Tam, ujrzeliśmy co najmniej kilka ciekawych rzeczy. Naszej uwadze nie umknęły oczywiście wysokie mury obronne oraz zabudowania klasztorne. Nie oszukujmy się jednak, największe wrażenie wywarł na nas kościół św. Piotra i św. Pawła.

1-2) dwa "rzuty oka" na otoczenie wokół dziedzińca
To niesamowite ale już niedługo, miejsce to będzie obchodzić milenium swego istnienia!
Opactwo zostało prawdopodobnie ufundowane przez Kazimierza Odnowiciela w 1044 roku, choć niektórzy historycy przypisują ten akt Bolesławowi Śmiałemu, przesuwając datę powstania na lata 1076 - 1079. Być może temu ostatniemu zawdzięczamy jedynie budowlę tutejszego kościoła. Opactwo było przez wieki znaczącym ośrodkiem życia duchowego i kulturalnego, od początku słynącym z zasobnej biblioteki. Z niej pochodzi wyjątkowo cenny zabytek romański - Sakramentarz tyniecki - włączony do zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie. Jest to XII-wieczny kodeks pisany złotem na purpurze i ozdobiony całostronicowymi miniaturami.
Początkowo benedyktyni spełniali ważną misję cywilizacyjną poprzez szerzenie oświaty, znajomości pisma, przepisywanie starych dokumentów i dzieł, dzięki czemu wiele z nich ocalało. Ponadto dużą rolę odegrali w krzewieniu nowych sposobów uprawy roli i roślin. W późniejszym czasie mnisi sami, nie zawsze legalnymi drogami, zabiegali o powiększeni swoich posiadłości. W wyniku tego do połowy XV wieku klasztor posiadał olbrzymią fortunę złożoną ze "stu wsi i pięciu miasteczek" (m. in. Skawina, Opatowiec, Tuchów) i zaliczał się do najbogatszych w Polsce - tak pisał o nim Jan Długosz.
Położenie klasztoru sprawiło, że odgrywał on też ważną rolę strategiczną, np. w walkach o tron krakowski w okresie rozbicia dzielnicowego, a kilkaset lat później jako punkt oporu konfederatów barskich. W 1816 roku władze zaborcze usunęły stąd zakonników wskutek ich oświadczenia popierającego stronę polską w czasie wojen napoleońskich zaś 15 lat później zabudowania strawił pożar. Benedyktyni powrócili do Tyńca dopiero w 1939 roku. W latach powojennych często bywał tu Karol Wojtyła.
Wielokrotnie niszczone i odbudowywane opactwo stanowi jedyną w swoim rodzaju mozaikę stylów. W latach 1961 - 1965 odsłonięto fundament i część murów pierwotnej bazyliki romańskiej, odkrywając groby siedmiu opatów z XI, XII i XIII wieku. W jednym z nich odnaleziono bezcenny XI-wieczny złoty kielich z pateną, przechowywany obecnie na Wawelu.
kościół św. Piotra i św. Pawła
Dziś, jest to najstarszy działający w Polsce klasztor. Gdzie zatem byśmy nie spojrzeli, historia, wszędzie historia! Co ważne, nawet miłośnicy krajobrazów znajdą tu coś dla siebie. Otóż, wystarczy zrobić kilka małych kroczków, aby dostać się na taras widokowy. Tam zaś widok jak z bajki!

taki widok czeka każdego, kto tylko zechce wdrapać się na dziedziniec opactwa
Mogliśmy podziwiać malowniczy przełom Wisły. Niezakłócona żadnymi żywiołami aura sprawiła, że rzeka zamieniła się w lustro, w którym przeglądaliśmy płynące po niebie obłoki. Pejzaże upiększały też charakterystyczne, wapienne skałki świadczące dobitnie o tym, że znajdujemy się w granicach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Gdzieś w oddali dojrzeliśmy także starorzecze Wisły nie mówiąc już o widoku na horyzoncie, który wieńczyły bliżej niezidentyfikowane pasma Beskidów.

W takich warunkach, ilość zdjęć w pamięci aparatu wzrastała w fertycznym tempie. Właśnie to w nich lubię. Są dowodem na to, że kiedyś - choć przez chwilę - wszystko układało się po naszej myśli.

pod tym drzewem raczyliśmy się tynieckimi pejzażami
Z tarasu widokowego, ujrzeć można również zabudowania pobliskich Piekar, zaś w oddali długi wał będący Garbem Tenczyńskim. Co ciekawe, na jego grzbiecie dostrzegliśmy charakterystyczną białą kulę będącą radarem, wszak w pobliżu znajduje się lotnisko w Balicach.

widok z tarasu widokowego, w tle Garb Tenczyński
Benedyktyni na terenie opactwa prowadzą szeroką działalność, m. in. wydawnictwo, hotel, restaurację oraz centrum sprzedaży, w którym nabyć można rozmaite specjały wykonane wg zakonnej receptury: konfitury, miody, herbaty, zioła, a także likiery. 

szyld zachęca do zakupów
Skuszeni marką benedyktyńskich specjałów, zajrzeliśmy do ich sklepu. We wnętrzu znaleźliśmy wszystko czego tylko ludzki żołądek może chcieć, aby poczuć się jak w raju. Przeglądaliśmy rozmaite przyprawy oraz herbaty ciesząc wzrok oryginalnymi i tradycyjnymi opakowaniami. Radość kończyła się przy dojrzeniu cen za wymienione produkty, które przewyższały kilkukrotnie te jakie spotykamy w normalnych sklepach. Wiadomo, nie można się temu dziwić aczkolwiek z racji skromnych funduszy, opcja przywiezienia naszym mamom jakiegoś benedyktyńskiego specjału spaliła na panewce. 

Oprócz wiekowych murów, klasztoru oraz kościoła, znajduje się w obrębie dziedzińca jeszcze jeden godny uwagi obiekt. Otóż zaciekawiła nas kołowrotowa studnia "okryta" drewnianym dachem, umocowanym na ośmiu słupach. Co ciekawe, nie użyto ku temu żadnych gwoździ. Przeszło 40-metrową studnię wykuto w skale w 1620 roku, a lustro wody zlokalizowane jest na poziomie płynącej obok Wisły. Skąd jednak pomysł, aby na kilkudziesięciometrowej skale budować ujęcie wody? O pochodzeniu tej tajemniczej studni opowie nam legenda...
Na dworze królewskim mieszkało dwóch przyjaciół Jaśko i Staszko Nałęcz. Mimo, że byli przyjaciółmi, różnili się znacznie charakterami. Jaśko był porywczy, gwałtowny, łatwo wszczynający bójkę, natomiast Staszko, był zawsze pogodny, spokojny i opanowany. Żyli tak przez wiele lat, aż do czasu, kiedy doszło do sprzeczki między nimi. Podczas niej Jaśko wyjął miecz i zabił Staszka. 
Po zabójstwie sąd królewski kazał ściąć Jaśka, ale na prośbę opata tynieckiego, został wydany opactwu tynieckiemu. Za karę miał kopać kilofem studnię, w litej, wapiennej skale, aż do chwili, kiedy ukaże się woda. Kopał tak przez wiele lat, nie wychodząc na zewnątrz. Nawet jedzenie posyłano mu na linie. Ale pewnej nocy ukazał mu się duch zamordowanego przyjaciela, który powiedział, że przebacza mu jego winę. Powiedział mu także, ażeby rano wskoczył do skrzyni, która zostanie spuszczona na odłamki skalne. 
Nazajutrz, gdy spuszczono linę ze skrzynią, Jaśko wskoczył do niej i pojechał w górę. Gdy tylko skrzynia oderwała się od dna studni, ta zaczęła się napełniać wodą. 
słynna studnia
Jak widać, studnia stoi na dziedzińcu klasztornym po dziś dzień... Każdy kto zawita do Tyńca może przeczytać rozszerzoną wersję legendy, która dostępna jest przy obiekcie. Pamiętam, że gdy my zagłębialiśmy się w tą historię, ma humanistycznie uzdolniona Justynka wieki czekać musiała zanim ja - w iście żółwim tempie - doczytam do końca.

Jako, że nasz spacer odbywał się w niedzielę, skorzystaliśmy z okazji biorąc udział we mszy świętej. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bowiem była to jedyna tego dnia liturgia, w której udział wzięli mnisi w swych charakterystycznych strojach. Mogliśmy zatem przyjrzeć się im z bliska.

Oczywiście nie tylko z tego względu dobrze wspominamy ten czas. Otóż wysłuchaliśmy krótkiego acz konkretnego kazania. Właśnie te cechy powinna zawierać dobra oracja, aby słuchacze mogli z niej zapamiętać to co najistotniejsze. O czym była zatem mowa? Ogółem rzecz biorąc - o miłości. O tym, że uczucie to wymaga zaangażowania albowiem tylko wtedy jest ono możliwe. Miłość wszak tak przyjemnie się dla siebie "bierze", a warto czasem zastanowić się nad tym czy sami okazujemy ją w należytym stopniu. Kilka prostych acz prawdziwych słów. Niby trywialna recepta tylko dlaczego tak trudna do zastosowania w realnym życiu?

Uczestniczenie we mszy stało się również okazją to bacznego rzucenia okiem na wyposażenie kościoła. Godnymi uwagi był ołtarz główny z czarnego marmuru, piękne, lipowe, wczesnobarokowe stalle i oryginalna rokokowa ambona o kształcie płynącej na fali Łodzi Piotrowej. Co ciekawe, obie nawy boczne powstały przez połączenie sześciu kaplic. Ich kopuły ozdobione są polichromią z 1754 roku. Podobnie jak klasztor, kościół również stoi na resztkach kilku wcześniejszych świątyń (romańskiej, gotyckiej).

Końcówka liturgii wywołała za to w naszych szeregach szeroki uśmiech. Otóż - tradycyjnie - wyczytywano intencje mszalne na przyszły tydzień. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że niemal na każdy dzień intencja była ta sama i tyczyła się błogosławieństwa międzypokoleniowego dla rodziny Adama. Gdy zatem usłyszeliśmy tą frazę po raz enty, z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu, bowiem kapłan wymawiał ją w specyficzny sposób.

fasada kościoła św. Piotra i św. Pawła
Znów znaleźliśmy się na pięknym dziedzińcu. Tym razem jednak, nastał moment aby pożegnać się z zabytkowym opactwem. Co ciekawe, nasz spacer trwał już niemal 2,5 h, a my przeszliśmy w tym czasie ledwie kilkaset metrów! Czas więc podkręcić licznik.

Po opuszczeniu bramy, zeszliśmy stromymi schodami obniżając swą wysokość aż o kilkadziesiąt metrów. Tym samym znaleźliśmy się tuż przy Wiśle, do której przyciągnęła nas grupa sympatycznych krzyżówek.

tyniecka fauna
Obserwowaliśmy ich beztroskie ruchy wpatrując się w dostojne upierzenie samców. W trakcie rozmowy doszliśmy do wniosku, iż natura jest jednak niesprawiedliwa. Poskąpiła bowiem urody samicom przez co związek takich krzyżówek musi być narażony na spore dysproporcje. Heh, znalazłem nawet na taki stan rzeczy naukowe określenie: dymorfizm płciowy. Brzmi poważnie. Nie mniej, samicom krzyżówek życzymy dużo optymizmu!

dostojne samce
samice wpatrzone w samca
Jak widać, w krakowskim Tyńcu odnaleźć możemy wiele urokliwych zakątków. Co ciekawe, miejsca tego nie sławi wyłącznie opactwo Benedyktynów. Kto czytał powieść "Krzyżacy" Henryka Sienkiewicza, ten wie, że to właśnie tutaj pisarz umieścił jej początek brzmiący:
W Tyńcu, w gospodzie pod "Lutym Turem", należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi słuchając opowiadania wojaka bywalca....
Odwołajmy się do faktów. Gospody tej już w Tyńcu nie ma (istnieje od 2006 r. restauracja-przystań o tej nazwie), jednakże w czasach powieściowych znajdowała się jakoby w pobliżu klasztoru. W Tyńcu nastąpiło też spotkanie bohaterów tej powieści, Maćka i Zbyszka z Bogdańca, z dworem księżnej mazowieckiej i jej dwórką, Danusią.

Swoją drogą, z nazwą niegdysiejszej karczmy a obecnej przystani wiąże się ciekawa legenda. Prawdopodobnie, jej miejsce akcji rozgrywało się na wapiennej skale, tam, gdzie dzisiaj położone jest majestatyczne opactwo. Jak wiadomo, tury są zwierzętami już wymarłymi, były one przodkami bydła domowego, ale do złudzenia przypominały mniejsze wersje żubra żyjącego w puszczach do dziś. Legenda głosi, iż...
...podczas polowania na ostatniego żyjącego tura w Polsce, pewien rycerz zapędził go aż na wapienną skałę, skąd rozpędzone i potężne zwierzę spadło wprost do Wisły płynącej u podnóża skały. Miało to miejsce późną zimą, w lutym. 
Tyle o legendzie związanej z „Lutym Turem”. Podążyliśmy ścieżką wzdłuż rzeki, przechodząc tuż obok słynnego urwiska skalnego, nad którym ulokowane jest opactwo. Kilkudziesięciometrowa ściana potrafi zrobić na turyście spore wrażenie. Jest to bowiem obrazek, który bardziej znany jest z krajobrazu tatrzańskiego. Nawet na obrzeżach Krakowa można więc odnaleźć cząstkę gór co tylko bardziej cieszyło nasze duszyczki.

Dosłownie kilka metrów dalej, z lustra wody dojrzeliśmy wyłaniającą się grupę skałek. Widząc ich zachęcający kształt od razu zapragnęliśmy się na nie wdrapać. Choć wspinaczka nie była zbyt długa, to emocji nie brakowało, bowiem musieliśmy przy tym użyć również i rąk. Koniec końców nasza mała misja została zakończona sukcesem zaś chyba jeszcze większym powodzeniem należy określić fakt, że oboje zmieściliśmy się na niewielkim wierzchołku skały. Słoneczko świeciło, temperatura w miarę przyjemna zaś towarzystwo po prostu wyborne. Czego chcieć więcej?

dowód naszego szczytowania na skałkach, było tak mało miejsca, że nawet czyjeś lśniące włoski się tu załapały :)
widok na spokojniutką i bardzo szeroką z tego punktu widzenia Wisłę
Szlak poprowadził nas na wał Wisły, który stanowił wygodny i szeroki trakt. Piękną aurę i wolny dzień w celach rekreacyjnych wykorzystywało jeszcze kilkoro innych ludzi. Aż chce się spacerować w taką pogodę!

Wędrówka wałem Wisły była pierwszą tego dnia okazją do szerszego spojrzenia na ogrom opactwa. Mieliśmy przed oczami obrazek niczym wyjęty z albumu fotograficznego. Wtem, w jednym z okien klasztoru dostrzegłem coś a raczej kogoś dziwnego. Jakaś kobieta spoglądała nieruchomo w naszym kierunku! Przyjrzałem się dokładniej i dostrzegłem postać, której ubiór a nawet włosy przypominały kreację filmową królowej Narnii. Wytężyłem mocniej wzrok, bo miałem przez chwilę wrażenie, że coś sobie uroiłem. To ci dopiero! Do dziś jestem ciekawy kim ów kobieta była...  

opactwo wznosi się na wapiennej skale, która urwiskiem opada do Wisły
szlak prowadzi wałem Wisły w kierunku Grodziska - jednego z tynieckich wzgórz
Z każdą chwilą oddalaliśmy się od opactwa, przez co obiekt stawał się wizualnie coraz mniejszy. Rozpierała mnie energia płynąca z wyjątkowości tego dnia, toteż aż zachciało mi się uwiecznić na choć kilku fotografiach Justynkę. Delikatnie mówiąc, nie była z tego faktu zbytnio zadowolona, bowiem zdjęcia ze swoim udziałem były czymś czego nie zaliczała do ulubionych obrazków. Swoją drogą doskonale to rozumiem, bowiem mam dokładnie tak samo. Nie mniej, nie mogąc pogodzić się z "porażką" począłem cykać zdjęcia z ukrycia. Gdy tylko obiekt mych westchnień wpadł w sidła obiektywu rozpoczęła się istna walka na środku ścieżki. Może walka to zbyt dużo powiedziane aczkolwiek było to połączenie ekwilibrystycznego tańca z nutą zapasów. Z pewnością dla innych spacerowiczów, nasze ruchy i okrzyki musiały wydawać się co najmniej dziwne. Z drugiej strony, aparat należał do Ju, toteż po zakończeniu wycieczki, mogła z mą twórczością zrobić co tylko zechciała. 

opactwo coraz dalej... 
...zaś strome zbocze Grodziska coraz bliżej!
Nie mniej, wyczuwając jakiś zgrzyt, popadłem w zamyślenie przez co usiadłem na zboczu wału ze spuszczoną głową. Przez chwilę, w ogóle się nie odzywałem ignorując nawet pytania Justysi. Może ta chwila wymownej ciszy, a może coś zupełnie innego sprawiło, że oboje doszliśmy do porozumienia, iż obrażanie się o takie byle zdjęcia jest po prostu głupie i niedorzeczne. Z tą większą radością wypracowanego kompromisu mogliśmy się więc przytulić na oczach płynącej Wisły.

ostatni rzut oka na ogrom opactwa
Odosobnione, zalesione wzgórze o stromych stokach, tworzące jak gdyby leśną wyspę przybliżało się wraz z każdym postawionym przez nas krokiem. Gdy wał kończy się u podnóża wzniesienia, większość ludzi obiera powrotną drogę właśnie ze względu na strome zbocza. Nic dziwnego, Grodzisko jest bowiem zrębowym wzgórzem otwierającym przełom Wisły w Tyńcu. Wznosi się ok. 70 m ponad poziomem rzeki, toteż i my musieliśmy pokonać właśnie takie przewyższenie. W końcu jakieś góry - pomyśleliśmy. Z nieokiełznaną werwą ruszyliśmy więc na jego podbój.

Już po pierwszych metrach dopadła mnie lekka zadyszka - taka to była stromizna. Na całe szczęście, w międzyczasie z pomocą przyszło nam pewne drzewo, którego pień przybrało kształt siedziska przez co oboje mogliśmy się o niego oprzeć, zapominając na dłuższą chwilę o trudach wspinaczki. 

W sumie, za bardzo to nie chciałem opuszczać miejsca naszego popasu. Wszak nie wiem czy istnieje drzewo, z którym miałbym więcej wspomnień... Z drugiej strony jednak, połowa dnia już dawno minęła a my przeszliśmy dopiero jakieś 2-3 km. 

1-2) zielony szlak prowadzi leśną ścieżką przez Grodzisko
Przechadzka wzdłuż Grodziska, w którym przeważa lipa oraz las mieszany już po kilkunastu minutach zakończyła się osiągnięciem wierzchołka. Ujrzeliśmy nań tylko betonowy słupek. Ponadto sporo jesiennych liści, które przykryły liczne kamienie oraz trochę powalonych gałęzi. W zasadzie nie było nawet miejsca aby gdziekolwiek usiąść (hah, nie ma to jak popas co 500 metrów!).

Grodzisko nie jest zwykłym wzniesieniem. Jego nazwa również jest nieprzypadkowa. Przy bliższym obejrzeniu zauważyć można, że spłaszczenie szczytu wzgórza nie jest naturalne, a na krawędziach obszernej platformy widoczne są ślady wałów. Skąd one pochodzą? Otóż istniało tu niegdyś grodzisko ludności kultury łużyckiej pochodzące sprzed 2500 lat. Co ciekawe, nie był to jedyny tego typu obiekt, bowiem u benedyktynów zachowało się rękopiśmienne podane, stwierdzające, że w tej okolicy w czasach przedhistorycznych istniały aż trzy grodziska. Współczesna nauka potwierdziła te informacje. Co więcej, z ów miejscem wiąże się kolejna z tynieckich legend:
Kronika Wielkopolska z XIII wieku przekazuje podanie, że w X wieku stała w Tyńcu drewniana warownia, a władał nią Walgierz Wdały z rodu Popielów. Przebywając na dworze króla francuskiego, Walter zakochał się w jego córce Helgundzie. Rywalem jego był syn króla Alemanów. Chcąc skłonić jej serce ku sobie przez trzy kolejne noce śpiewał pod jej oknem piękną pieśń. Królewnie bardziej spodobał się więc Walgierz, toteż uciekła z nim do Tyńca. 
Po jego powrocie, krewni skarżyli mu się na krzywdy doznane od Wisława Pięknego, syna Pompiliusza, pana Wiślicy. Walgierz pojmał go i wtrącił do lochu. Po jakimś czasie, zwyczajem rycerskim, wyruszył na wyprawę. Helgunda nękana samotnością, podmówiona przez służącą, której się poskarżyła na samotność, wypuściła więźnia z lochu. Urzeczona jego urodą, w objęciach Wisława szybko zapomniała o mężu. Obawiając się zemsty męża, Helgunda z kochankiem uciekła do Wiślicy. Wkrótce potem Walgierz powrócił z wyprawy. Dowiedziawszy się od służby o niewierności żony, wpadł w wielki gniew i popędził do zamku Wisława. Tam jednak został ponownie oszukany przez żonę, która obiecując wydać mu Wisława zaprosiła go do zamku, gdzie w zasadzce czekali rycerze Wisława. Walgierza zakuto w łańcuchy i uwięziono w klatce, z której co wieczór musiał obserwować miłosne uciechy Helgundy i Wisława.
Jedyną osoba, która okazała serce uwięzionemu była bardzo brzydka siostra Wisława. Ta, uzyskawszy wcześniej od Walgierza obietnicę małżeństwa potwierdzoną przysięgą, potajemnie dostarczyła mu klucze do kajdan i miecz. Gdy znowu kochankowie cieszyli się sobą Walgierz zrzucił łańcuchy, wyszedł z klatki i pozbawił oboje życia.
wierzchołek Grodziska zwieńczony słupkiem
Legendy legendami, a nauka mówi raczej "nie". Gród obronny na Grodzisku, owszem - istniał, ale badania wykazały że związany on był z ludnością kultury kultury łużyckiej, istniejącą kilkaset lat przed naszą erą.

My za to spędziliśmy na Grodzisku przeszło dwie godziny (nie, nie, nie szukaliśmy śladów wałów). Radość ze spędzania wolnego czasu na łonie natury w cichutkim lesie przerwał nam ryk motocykla. Jak widać, Grodzisko jest dogodnym miejscem nie tylko do spacerów. Po tym zdarzeniu, uznaliśmy, że czas się zbierać, bowiem niedługo zapadnie półmrok.

z leśnego masywu Grodziska, szlak wyprowadza na ul. Grodzisko
Przy wyjściu z lasu, nastąpił ostatni tego dnia postój. Naszym oczom ukazały się okoliczne Wzgórza Tynieckie zaś gdzieś w oddali wyniosły grzbiet, który pokrywa Las Wolski. Był to widok o tyle charakterystyczny, gdyż dostrzegliśmy wyróżniającą się białą budowlę, którą widać z wielu miejsc w okolicach Krakowa. Oczywiście, mowa tu o Klasztorze Kamedułów na Bielanach.

na ostatnim planie dostrzec można mały, biały punkt będący Klasztorem Kamedułów na Bielanach
Szlak doprowadził nas do szosy łączącej Tyniec ze Skawiną, skąd bez problemu złapaliśmy autobus do centrum Krakowa. Choć w planie było przejście całej - zielono znakowanej - tynieckiej pętli to jednak żadne z nas nie płakało z tego powodu. Wprost przeciwnie, zyskaliśmy powód, aby wrócić w te malownicze okolice i kontynuować spacer. Tak też właśnie uczyniliśmy (o czym możecie przeczytać pod adresem:  Wzgórza Tynieckie , toteż na podsumowanie będzie jeszcze odpowiedni moment. Nie mniej, warto tą trasę polecić każdemu, ponieważ obfituje ona w zabytki przez duże Z, urocze widoki, a także idealne do spacerów tereny. Póki co zdradzić mogę, że w następnym epizodzie dowiemy się m. in. skąd w ogóle wzięła się nazwa Tyniec.

Do napisania!

1 komentarz:

Zapraszam do komentowania =)