Są takie wyprawy, na które czeka się tygodniami bądź nawet miesiącami. Wizyta w Górach Sanocko-Turczańskich była właśnie jedną z nich, bowiem inaugurowała tygodniowy wyjazd w Karpaty ukraińskie. Te same Karpaty, które zachwyciły mnie przed rokiem bogactwem widoków oraz połonin. Kto jednak myśli, że w ciągu najbliższych retrospekcji, zdobywać będziemy te same góry - ten jest w dużym błędzie. Karpaty ukraińskie są istnym oceanem możliwości. Skomplikowanym organizmem składającym się z kilkunastu rozległych grup górskich, w których do dyspozycji mamy tysiące ścieżek oraz setki kilometrów szlaków. Nawet kilka kolejnych tygodniowych wyjazdów nie pozwoliłoby odwiedzić wszystkich interesujących zakamarków. W 2011 r. skupiliśmy się głównie na eksplorowaniu pasma Czarnohory i Gorganów. Myślą przewodnią Ukrainy A.D. 2012 stało się umożliwienie zdobywania odznaki Korony Beskidów, a pierwszym jej akordem było właśnie zdobycie najwyższego szczytu Gór Sanocko-Turczańskich, który leży już na ukraińskiej ziemi. Dla przypomnienia dodam, że Beskidy rozciągają się nie tylko w Polsce, lecz również w Czechach, Słowacji a na samej tylko Ukrainie jest aż 12 beskidzkich grup i w związku z tym tyle samo szczytów do zdobycia. Nastaje zatem pytanie jak na nich stanąć skoro rozciągają się na przestrzeni setek kilometrów. Taka Magura Łomniańska jest jeszcze rzut beretem od granicy z Polską ale np. najwyższy szczyt Połoniny Hryniawskiej to już wycieczka pod samą Rumunię. Inną kwestią jest brak map niektórych obszarów Ukrainy, a także znakowanych dróg wejścia. Wyprawa zorganizowana przez Klub Turystyki Górskiej "Wierch" w Krakowie okazała się zatem idealna aby w grupie, bezpiecznie zdobyć te góry, których w pojedynkę nigdy bym nie osiągnął.
Posiadając doświadczenie z 2011 r. mogłem przygotować się do wyprawy bardziej profesjonalnie a już na pewno z większą dozą spokoju. 21 września ruszyłem więc wieczorową porą na miejsce zbiórki nie mogąc się doczekać dnia następnego. Na miejscu okazało się, że z powodu problemów technicznych z autokarem, wyjazd opóźni się aż o 3 h. Nie ruszyliśmy zatem z Krakowa a już zrobiło się ciekawe. Wieczór mogliśmy zatem wykorzystać na integrację w siedzibie naszego klubu. Gdy zjechali się wszyscy uczestnicy, stos plecaków i walizek urósł do horrendalnych rozmiarów. Na szczęście, wszystkie pakunki znalazły swe miejsca w lukach bagażowych, toteż mniej więcej koło północy wyruszyliśmy aby ukoronować nasz sezon turystyczny.
Gdy myśleliśmy, że nic nie stanie na przeszkodzie, okazało się że na krajowej czwórce pod Krakowem musiał nastąpić zjazd awaryjny na stację benzynową. Kierowca coś tam majstrował, a po pojeździe rozlegał się niepokojący smrodek spalenizny. Trwało to minut kilkanaście jednak ruszyliśmy dalej.
Wokół ciemna noc, droga z rzadka tylko oświetlona, toteż zmorzył mnie sen. Po przebudzeniu, sporo czasu zajęło mi orientowanie się gdzie aktualnie jesteśmy. Okazało się, że w głębi Podkarpacia czyli granica zbliżała się wielkimi krokami. Zeszłego razu spędziliśmy na niej przeszło 3 h, toteż liczyliśmy że teraz będzie lepiej. Nie miałem zegarka w głowie aczkolwiek nawet jeżeli odprawa trwała ciut krócej to i tak bezczynne siedzenie w autokarze może doprowadzić do białej gorączki. Zapamiętałem tylko, że paszporty zbierała od nas blondynka w mundurze.
Witaj, Ukraino... Rok czasu się nie widzieliśmy. Stęskniłem się za odkrywaniem Twych bogactw. I właśnie wtedy podskoczyłem na siedzeniu. Autokar zwolnił do 20-40 km/h, a cała ekipa poczuła czym są ukraińskie drogi. Wehikuł czas znów zadziałał! Poczułem się jak gdyby 30 lat temu. Zabudowania znane z polskich wsi nagle znikły. Zostały zastąpione przez lasy i nieliczne drewniane chaty. Taki właśnie klimat Ukrainy lubię.
Choć od granicy w Krościenku do Magury Łomniańskiej w linii prostej jest ok. 20 km to my musieliśmy nadłożyć kilka razy tyle jadąc m. in. przez Chyrów i Stary Sambor aby dojechać pod upragnione pasmo. Przez stan dróg i wolną jazdę mogliśmy dokładnie obserwować malownicze okolice doliny rzeki Dniestr. Choć bieda wychodziła na każdym kroku to jednak dało się zauważyć, że ludzie żyją tu po prostu spokojnie. Wraz z przeskoczeniem z doliny Dniestru ku dolinie rzeki Mszanki, znikły resztki asfaltu. Poruszaliśmy się zwykłym utwardzonym gościńcem. Problem z przejazdem zachodził przy minięciu każdego pojazdu nadjeżdżającego z naprzeciwka a i czasami autokar obijał obfite gałęzie pełne owoców.
Trwało to długo ale nareszcie dotarliśmy do Hrozewa. Dla typowych mieszczuchów wioska z kilkunastu domów byłaby zapewne końcem świata natomiast ja ujrzałem przepięknie malowniczą dolinę. Najważniejsze jednak, że przed nami wyrastało pasmo Magury Łomniańskiej...
Miejsce: Góry Sanocko-Turczańskie (pasmo Magury Łomniańskiej leżącej na Ukrainie)
Cel: najwyższy szczyt Gór Sanocko-Turczańskich
Trasa: Hrozewo (dawniej Grąziowa) - Magura Łomniańska (1024 m) - Hrozewo (d. Grąziowa)
Pogoda: wietrzna
![]() |
| wyrywek mapy prezentujący najwyższą część Gór Sanocko-Turczańskich, gruba, przezroczysta, blado-czerwona linia to granica polsko-ukraińska |
Zanim o wydarzeniach z trasy, warto umiejscowić sobie Góry Sanocko-Turczańskie na mapie naszych ukochanych Karpat. Od południa graniczą one z Bieszczadami zaś od północy z Pogórzem Przemyskim. Rozciągają się one na powierzchni około 930 km².
Skoro już mniej więcej wiemy gdzie się wspinamy, rzec mogę, że czynimy to wśród rozległych łąk mając cały czas przed oczyma zalesione kulminacje Magury Łomniańskiej.
| 1-3) początkowa faza wspinaczki |
Po zamieszczonych fotografiach widać, że na szczycie próżno szukać rozległych widoków, toteż najlepszym momentem dla łowców pejzaży było miejsce tuż przed granicą lasu. Odwracając się wtedy ujrzałem rozległą dolinę Mszanki, a także nieliczne zabudowania Hrozewa. Wszystko to zwieńczone malowniczymi pagórkami kolejnych pasm Gór Sanocko-Turczańskich.
| 1-4) widoki na malownicze doliny i wzniesienia Gór Sanocko-Turczańskich |
Jak widać na załączonym fragmencie mapy, na szczyt nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny. Trudno było znaleźć nawet jakąkolwiek ścieżkę, toteż zabawa zaczęła się po wkroczeniu do lasu kiedy to przedzieraliśmy się przez chaszcze i zarośla. Ponadto sprawę utrudniały wystające korzenie, kolczaste rośliny, powalone drzewa oraz nisko opadające gałązki. Idąc w długim wężyku można było łatwo taką oberwać.
