24 lipca 2011

Beskid Niski (Radocyna + Lipna)

Gdy obudziłem się tego niedzielnego poranka, pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, była ulga związana z tym, że był to mój ostatni nocleg tutaj. Potem pomyślałem też, że już połówka wakacji mija i ogarnęło mnie chwilowe przygnębienie.

Jako, że należy dzień święty święcić, udaliśmy się do tutejszej drewnianej cerkwi Opieki Matki Bożej na katolicką mszę. Lubię tego typu budowle. Wewnątrz bowiem, można zawiesić oko na wielu eksponatach "bijących" swoimi żywymi kolorami. Doskonale pamiętam za to kazanie dotyczące nacjonalizmu co miało związek z masakrą norweską w Oslo i na wyspie Utøya. Dzięki Internetowi w komórce, wiedziałem o tym już dzień wcześniej, jednakże większość grupy dowiedziała się o tym dopiero teraz. Po zakończonej msze wszyscy udali się więc do proboszcza aby ten opowiedział im więcej szczegółów. Była to dobra chwila aby dokładniej obejrzeć cerkiew.


Po powrocie do ośrodka i spakowaniu się, ruszyliśmy na - jak się okazało - zastępczą trasę.

Miejsce: Beskid Niski

Pierwotny cel: Popowe Wierchy

Trasa (zrealizowana): Konieczna Radocyna Lipna – tereny festiwalowe Łemkowskiej Watry – Zdynia

Pogoda: pochmurna

Widoczność: słaba

Już podczas przemieszczania się w kierunku cerkwi deszczyk niemiło zacinał. Aura nie sprzyjała górskim wędrówkom, toteż w obawie przed błotem dokonano modyfikacji trasy tak abyśmy wrócili do Krakowa jak najmniej ubłoceni.

Wysiedliśmy ponownie w Koniecznej, kilkaset metrów przed przejściem granicznym. Warto dodać, że znajduje się tutaj kolejna drewniana cerkiew, jednakże my nie mieliśmy już czasu do niej podejść.

Zaczęliśmy iść wśród pól i łąk podziwiając okoliczne pejzaże. Obracając się do tyłu dobrze widoczna była Jaworzyna Konieczniańska, na której byliśmy wczoraj. Niebawem szutrowa droga wkroczyła w las i ciągnęła się tak wiele kilometrów zamieniając się w polny gościniec. W międzyczasie natrafiliśmy na salamandrę plamistą.


Gdy w końcu przestrzeń nam się odsłoniła zobaczyliśmy, że wkraczamy w przepiękną dolinę Wisłoki. Z daleka nic nie zapowiadało tego, co nas tutaj spotka. Skąd na tym "małopolskim krańcu świata" masywny, betonowy budynek? Podchodzimy bliżej. Nie widzimy budynku lecz de facto jego ruinę. Brak szyb w oknach, przerażająca nicość wewnątrz i tylko na zewnątrz zagadkowa data: 1973. Czyżby zatem to miejsce miało jakąś konkretną historię? W tym momencie zaczęliśmy odkrywać historię Radocyny...


Kto by bowiem pomyślał, że właśnie chodziliśmy po zgliszczach tętniącej życiem miejscowości, a jedyny zachowany tutaj budynek był niegdyś szkołą. W latach 50-tych powróciły do Radocyny dwie rodziny łemkowskie, zamieszkując w remontowanym przez siebie budynku szkolnym; w 1973 roku zostały jednak zmuszone do wyjazdu przez komunistyczne władze.

Kilka kroków dalej natrafiamy na skupisko cmentarzy. Jeden był typowo wiejski z pogrzebanymi ciałami tutejszych mieszkańców, zaś drugi był kolejnym już cmentarzem wojennym - tym razem oznaczonym nr 43. Poległo w nim 79 żołnierzy rosyjskich i 4 austriackich. Jego projektantem był - tu żadnego zaskoczenia - Dušan Jurkovič.


Obok cmentarzy widniały 3 tablice. Na jednej z nich można było zagłębić się w historię Radocyny, na drugiej widniał plan wsi z 1945 r. i zaprawdę każdego w tym miejscu ogarnęłoby zdziwienie, że po dziesiątkach budynków - na pierwszy rzut oka - nie został żaden ślad. Na trzeciej zaś ilustracja, do złudzenia przypominająca fotografię tego miejsca z niewysokiego lotu ptaka, która uzmysławia nam skalę zniszczeń jakie dokonały się tutaj po II wojnie światowej.

1-2) Radocyna w 1945 r.
Spacerujemy tą przepiękną doliną Wisłoki i nagle, tak po prostu widzimy drzwi. O co chodzi? Obok szutrowej, pełnej dziur wypełnionych wodą drogi, stoją w zaroślach samotne drzwi. Intrygująca sprawa, zatem podszedłem bliżej i zacząłem czytać... Przeczytajcie i ze mną:

Pierwsza wzmianka o Radocynie pochodzi z 1595 r. i 1629 r., kiedy to wieś należała do Stadnickich. W 1888 r. liczyła 87 domów, w których mieszkało 479 grekokatolików i siedmiu Żydów. Rodzina żydowska prowadziła sklep. Istniał też drugi - łemkowski. Na końcu wsi stał tartak. Cerkiew greckokatolicką św. Kosmy i Damiana zbudowano w 1898 r., gdy poprzednia świątynia ucierpiała podczas powodzi.

Od razu przypomina mi się epopeja narodowa Władysława Reymonta pt. "Chłopi". Sądzę, że Radocyna w niczym nie odbiegała tamtejszym Lipcom. I tu, i tu mamy do czynienia z prawdziwą cywilizacją. Co się więc z nią stało w Radocynie?

Wybuch wojny przyniósł na Łemkowszczyźnie masowe aresztowania wśród tzw. moskwofilów i zwolenników prawosławia. Tysiące ludzi poddanych było prześladowaniom, wielu trafiło do okrytego złą sławą austriackiego obozu koncentracyjnego w Thalerhofie, do którego zasłano 12 mieszkańców wsi. W czasie działań wojennych 1914-15 r. długo utrzymywał się w Radocynie front, w okolicy trwały zacięte i krwawe walki.

Dowodem tego jest oczywiście cmentarz wojenny nr 43. Mimo tych ciężkich czasów, I wojna nie zniszczyła tej cywilizacji, która chyba dopiero wtedy zaczęła rozkwitać...

W 1928 r. parafia w Radocynie liczyła 529 osób. Na uposażeniu parafii był proboszcz oraz psalmista. Radocyna była jedną z pierwszych utworzonych po I wojnie światowej parafii prawosławnych na Łemkowszczyźnie. Zaczął się kulturalny rozkwit wsi. Przy prężnie działającej czytelni im. Kaczkowskiego założono wiejski teatr, wystawiający kilka sztuk rocznie. Radocyńskie stroje ludowe należały do najbarwniejszych na Łemkowszczyźnie a folklor do najlepiej zachowanych. W 1936 r. parafia liczyła już 625 prawosławnych, 2 grekokatolików i 28 katolików obrządku łacińskiego, którymi byli funkcjonariusze Straży Granicznej. Ponadto niedaleko wioski, mieszkali Cyganie, którzy zajmowali się kowalstwem.

Czytając to, człowiekowi od razu robi się żal tych ludzi i rozwiniętej kultury jaką stworzyli. Postawione samotne drzwi nadal malowały mi w oczach historię tego terenu. W ostatnim akapicie możemy dowiedzieć się o tym jak to wszystko zostało zgładzone, mimo, że przed II wojną światową wieś liczyła aż 510 mieszkańców:

Okres powojenny to tragedia Radocyny i całej Łemkowszczyzny. Mieszkańcy w wyniku agitacji sowieckich i przymusu miejscowych władz zgłosili się w większości w 1945 r. do "wyjazdu" na radziecką Ukrainę. Deportację rozpoczęto 18 maja, mieszkańcy zabrali ze sobą ważniejszą część wyposażenia cerkwi, chorągwie i dzwony. Wysiedlono ich w okolice Krzywego Rogu.

W 1947 r. akcja "Wisła" ostatecznie wyrwała radocynian z ich ojczyzny. Zgodnie z dokumentami, między 11 a 15 VI 1947 r. z Radocyny deportowano 35 osób, głównie w okolice Legnicy. We wsi nie pozostało żywego ducha, a pozostawiony majątek był rajem dla złodziei. Cerkiew greckokatolicka oraz prawosławna czasownia zostały rozebrane ok. 1955 r. Można przypuszczać, że materiał z nich został wykorzystany przez PGR do budowy stajni w pobliskiej Jasionce. Dziś miejsce po łemkowskiej Radocynie i okolicznych wsiach zostało przeznaczone pod zalesienie.

Wsłuchaj się. Śpiewnie tu, mimo że nikogo nie ma.
Pozornie. (?)
Przekrocz próg Domu, spełniony pieśnią będziesz.


Drzwi zakończyły swoją historię, a my przekroczyliśmy progi Radocyny.


Dolina Wisłoki odkrywała przed nami również inne walory historyczne. Co chwilę mijaliśmy murowane krzyże prawosławne. Było ich mnóstwo, a co następny to - niestety - w gorszym stanie. Niektóre nie wytrzymały próby czasu. Dodam jeszcze, że w Radocynie znajduje się baza namiotowa SKPG Kraków.


Teraz zaczęliśmy się udawać już w kierunku powrotnym do Zdyni. Asfaltowa droga prowadziła nas przez las i ponownie nie było tutaj widać żadnych znaków życia. Aż do czasu.

W pewnej chwili zboczyliśmy z drogi i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że teraz brnęliśmy w wysokich zaroślach. Mimo wszystko bardzo błotnista ścieżka gdzieś nas prowadziła. Za kilkoma drzewami odkrył się nam cmentarz łemkowskiej wsi Lipna a tuż za nim cmentarz wojenny nr 45, w którym spoczęło 97 Rosjan i 56 Austriaków. Mimo przeprowadzonego remontu w 1998 r. zarośnięte krzyże sprawiały przygnębiające wrażenie. Tuż obok można było natknąć się na ślady cerkwiska. To zapowiadało spotkanie z kolejną burzliwą historią.


Kilkaset metrów dalej natrafiliśmy na znajomy widok. Pośród zielonych łąk wyłoniło się coś wysokiego i brązowego. Tak - to były samotne drzwi, a na nich kolejna niezwykła historia zwykłych ludzi.

Na początek kilka słów o warunkach mieszkalnych:

Wieś ciągnęła się łańcuchowym układem domów, który był konsekwencją podziału ziemi między osadników z czasów lokacji. Domy, czyli "chyże" - stanowiły jeden wydłużony blok, na który składała się: jedna lub dwie izby z komorą, sień, stajnia, chlew i boisko. Całość nakryta wysokim dachem, dawniej czterospadowym słomianym, później dwuspadowym gontowym. Niewielkie okna powodowały, że wnętrze izby było dość mroczne. Piec (niegdyś kurny) imponujący swoimi rozmiarami z tzw. "prypiczkom" służącym do spania zajmował sporą część izby. Z nimi wiązały się pewne zwyczaje i przesądy, które organizowały życie domowników wokół niego.

Dziś Lipną możemy sobie już tylko wyobrazić...

Istnienie wsi Lipna jest poświadczone w 1638 r. Wtedy to król Władysław IV "zachowuje uczciwych Lipiańskich przy sołectwie". Miejscową cerkiew ufundowano prawdopodobnie w 1661 r., mimo, iż wieś liczyła tylko 27-miu mieszkańców. W 1785 r. mieszkało tutaj 175 osób wyznania greckokatolickiego, natomiast spis z 1921 r. wykazał 4 katolików rzymskich, 153 grekokatolików i 6 Żydów.

Poniżej zaś ciekawostka z polskim akcentem:

W Lipnej znajdowała się szkoła, a nauczycielem był Polak. Zorganizował on we wsi zespół muzyczny, który jeździł ponoć na występy do Gdańska.

Od 1914 r. toczyły się zacięte walki w okolicy, a kilku mieszkańców nie uniknęło aresztowania. W 1928 r. powrócono do prawosławia i wybudowano nową kaplicę prawosławną.


Dalej już doskonale wiemy co się stało. Wysiedlenia w 1945 oraz 1947 r. oraz rozebranie świątyń na potrzeby PGR-ów.

To co istotne ukryte gdzieś. Przekrocz próg Domu. Koło pieca szukaj.
Tam życiodajne źródło jest.


Tym samym drzwi zakończyły nam opowiadanie swojej historii, a my przekroczyliśmy progi Lipnej...


Dalej droga sprowadziła nas wprost na Łemkowską Watrę, skąd pozostawało przedreptać pod ośrodek i pełnym historycznych doświadczeń odjechać w kierunku Krakowa...

Pośród materiałów fotograficznych ze wszystkich trzech wpisów o Beskidzie Niskim znajduje się kilka zaczerpniętych ze strony Klubu Turystyki Górskiej "Wierch" --> ktg.hg.pl oraz z bloga Doroty i Marka Szali --> gorskiewedrowki.blogspot.com

23 lipca 2011

Beskid Niski (Jaworzyna Konieczniańska + Regietów + Rotunda)

Zgodnie z zapowiedzią, uiszczę rąbka tajemnicy na temat Łemkowskiej Watry. Do tej pory sam nie wiedziałem co to takiego jest. Cała prawda stanęła przed mymi oczyma jeszcze podczas wieczoru dnia pierwszego, kiedy to wybrałem się na spacer po Zdyni.

Nasz pobyt nieprzypadkowo zbiegł się z terminem Łemkowskiej Watry, która jest wielkim świętem kultury Łemków. Warto dodać, że jest to największa łemkowska impreza masowa na świecie.

Spacerując w tamtym kierunku zauważyłem przeróżne rejestracje samochodowe świadczące o globalności tego wydarzenia. Były to nie tylko samochody (a co za tym idzie ludzie) z absolutnie całej Polski, ale także mnóstwo szczególnie Ukraińców, Białorusinów, a i na mieszkańców z Europy Zachodniej także natrafiałem.

Święto Kultury Łemkowskiej jest czasem corocznych, niezwykle ważnych dla Łemków spotkań: pokoleniowych, rodzinnych i przyjacielskich. Spotkań, które jednoczą wspólną pieśnią i gromadzą wokół spraw ważnych.

Wypracowana przez lata marka festiwalu ugruntowała znaczenie przedsięwzięcia jako jednej z największych międzynarodowych imprez artystycznych regionu Karpat i Małopolski. Trzydniowy pobyt zapewnia połączenie tradycji kulturowych ze współczesną formą rekreacji. Watrze towarzyszą obchody rocznicowe, Łemkowska Spartakiada, wystawy, konkursy oraz pokazy tradycyjnych rzemiosł.

Do Zdyni przyjeżdża co roku ok. 6-10 tysięcy Łemków, a na scenie zdyńskiego amfiteatru występuje kilkuset wykonawców muzyki ludowej, rockowej, folkowej, jazzowej oraz różnych teatralizowanych form scenicznych.

Łemkowska Watra niesie ze sobą przede wszystkim, pewną, bardzo ważną misję. Integruje potomków Akcji Wisły - rdzennych mieszkańców Beskidu Niskiego, wysiedlonych z tych ziem w 1947 roku. Integruje tą społeczność rozsypaną po całej Polsce i Europie właśnie tutaj - na skrawku ziemi ich pradziadów.


Podchodząc pod bramy festiwalu, muzyka już dudniła w uszach. Czuć było atmosferę wielkiego świata. Co chwilę nadciągały kolejne autokary i dziesiątki kolejnych samochodów. Pomyśleć tylko, że pierwszy dzień Łemkowskiej Watry zakończy się zapewnie gdzieś koło świtu sobotniego poranka…

W sumie to na nocleg z wiadomych względów jakoś specjalnie mi się nie spieszyło. Mimo wszystko, szybko nadchodził ten czas snu w średniowiecznych warunkach. Przejdźmy zatem do trasy, którą udało się zrealizować następnego dnia…

Miejsce: Beskid Niski

Trasa: Konieczna (przejście graniczne na przełęczy Dujawa) Beskidek (685 m) Jaworzyna Konieczniańska (881 m) Przełęcz Regetowska Regietów Wyżny Rotunda (771 m) Zdynia

Pogoda: słoneczna

Widoczność: dobra

Dzień powitał nas słoneczkiem. Taka aura nastawiła wszystkich bardzo optymistycznie. Ponadto podczas śniadania dostaliśmy bilety wstępu na drugi dzień Łemkowskiej Watry. Szykowała się zatem gruba impreza. Aby jednak na nią zasłużyć przejść należało kilkanaście kilometrów.

Podjechaliśmy autokarem zaledwie kilka kilometrów pod granicę polsko-słowacką w Koniecznej. Tam można było zakupić bardzo popularne w Polsce, słowackie produkty. Zarówno albo przede wszystkim te płynne jak również i inne. Moją uwagę zwrócił rozkład jazdy, który obwieszczał aż jeden kurs na dzień i tylko podczas dni roboczych. W tych okolicach bez auta ani rusz!


Po wyruszeniu poruszaliśmy się pasmem granicznym. Po początkowym – tradycyjnym już – błotku, w następnej części w swoje ryzy wzięła nas historia. Otóż wkroczyliśmy na cmentarz wojenny oznaczony numerem 46. Tabliczka poinformowała nas, że poległo tutaj 168 Austriaków oraz 135 Rosjan. Architektem zaś był Dušan Jurkovič, a jego remont przeprowadzono w 1993 roku.

Co ciekawe, nie był to cmentarz ze zwykłymi nagrobkami bądź krzyżami. Jego głównym elementem była kamienna wieża, na której zamieszczonych było kilka krzyży. Naszą uwagę zwróciły też napisy w języku niemieckim. Warto dodać, że mimo wszystko, skrawek ten jest zarośnięty i zaniedbany. Szerzej o tej nekropolii w poniższym opisie.

Cmentarz zbudowany jest na planie zbliżonym do krzyża łacińskiego, ogrodzony jest płotem z drewnianych sztachet łączących prostopadłościenne słupki i zwieńczone gontowym daszkiem. Wejście tworzy drewniana dwuskrzydłowa furtka. Główny element cmentarza stanowi dwukondygnacyjna, dwudziestometrowa kamienna wieża stojąca na kamiennym tarasie. Nakryta jest wysokim gontowym dachem zwieńczonym żelaznym krzyżem z nałożonym nań symbolem solarnym. Na czterech elewacjach górnej kondygnacji umieszczone są drewniane krzyże łacińskie. Na północnej, wschodniej i południowej elewacji kondygnacji dolnej umieszczone są tablice z inskrypcjami w języku niemieckim. Jedna z nich w wolnym tłumaczeniu głosi : ,,Tu, wśród ciemnych lasów, ziół pachnących i gór błyszczących w dali. Dzielni żołnierze pokonawszy wroga na spoczynek się udali,,.

Pola grobowe żołnierzy austro-węgierskich zwieńczają drewniane, rzeźbione krzyże łacińskie a żołnierzy rosyjskich rzeźbione krzyże patriarchalne. Wszystkie krzyże nagrobne przykryte są drewnianymi daszkami przymocowanymi do ramion krzyża ozdobnymi drewnianymi bolcami. Na łączeniu ramion krzyży umieszczone są rzeźbione drewniane tabliczki z danymi pochowanej osoby, noszące bardzo słabo widoczne ślady liter. Ułożone w ciekawym układzie groby otoczone są kamiennymi krawężnikami.



Zwiedzenie nekropolii zaspokoiło naszą ciekawość, a zatem mogliśmy ruszyć dalej. Prawda była taka, że im było wyżej tym lepiej, ponieważ szlak nie dręczył nas błotem. Po zdobyciu Beskidka mogliśmy się więc tylko smucić. Nasze obawy były jak najbardziej słuszne, gdyż kilkanaście minut później grzęźliśmy w niemałym bagienku, które na pierwszy rzut oka było tylko wysoką trawą.

Gdy zaczęliśmy się wspinać pod najwyższy zdobyty tego dnia szczyt, myśleliśmy, że odetchniemy z ulgą. Nic z tych rzeczy. Co prawda błota już nie było, jednakże podejście pod Jaworzynę Konieczniańską stwarza mnóstwo problemów swoją stromością. Nie można tego oczywiście porównywać do Lackowej, jednakże człowiek i tak zdziwi się, że coś takiego może występować w Beskidzie Niskim.

Z zalesionego szczytu gdzieniegdzie między gałęziami rozpościerały się widoki. Pogoda sprzyjała ich podziwianiu. Na pierwszy rzut oka wszyscy spoglądali w kierunku Zdyni. Otóż nad jej zabudowaniami, a tuż pod granicą lasu dostrzec można było rozległe przedsięwzięcie jakim była Łemkowska Watra. Setki samochodów, co najmniej tyle samo namiotów oraz dziesiątki konstrukcji na potrzeby festiwalu. Te składniki skutecznie odróżniały ten skrawek od pozostałych pejzaży Beskidu Niskiego. Panoramy rozlegały się praktycznie tylko na północną stronę. Oprócz okolic Magury Małastowskiej, dobrze widać też było Klimkówkę.

1-4) widoczki z Jaworzyny Konieczniańskiej

W tym miejscu nastąpił także popas. Gdy większość grupy już poszła, zauważyłem, że obok mnie leży kurtka, którą oczywiście wziąłem. Nie była to zwykła kurtka, odzienie samego Prezesa Klubu było wręcz idealnym łupem. Teraz tylko pozostawało się dobre targować.

Przełęcz Regetowska, na której zakończyliśmy przygodę z wędrówkami granicznymi powitała nas błotem, mimo, iż było to tylko 200 metrów niżej od szczytu. Każdy krok postawiony na zwilżonej trawce powodował wyciek z ziemi sporej ilości płynów. Był to niewątpliwie test dla naszych butów. Warto jednak było przebrnąć ten fragment, gdyż potem nareszcie opuściliśmy strefę lasów. Powitały nas beskidzkie łąki z uroczo pofałdowanymi wzniesieniami. Tak bardzo mi się tutaj spodobało, że aż po jednym z postojów zapomniałem wziąć kijków. Reszta grupy czuwała jednak nad moją niefrasobliwością.


Podążaliśmy wzdłuż potoku Regetówka mijając najpierw drewnianą kaplicę z dzwonem, przy której można znaleźć dwujęzyczną tablicę pamiątkową: „W hołdzie mieszkańcom wsi Regietów Wyżny”. Tablica pochodzi z roku 2007, a mogła się tutaj znaleźć dzięki Fundacji wspierania mniejszości łemkowskiej „Rutenika”.

Następnie minęliśmy kaplicę w miejscu dawnej czasowni. Zapewne myślicie teraz o tym, czym jest ta czasownia. Ja miałem wtedy to samo – kompletnie nie widziałem do czego to służy.

Otóż czasownia jest niewielką chrześcijańską budowlą bez specjalnie wydzielonego miejsca na ołtarz. Ważne jest to, że termin ten na określenie tego typu budowli jest używany przez wyznawców prawosławia. Nazwa pochodzi z języka rosyjskiego, w którym часы oznaczają godziny (wyznaczona w danej godzinie doby modlitwa). Czasownie są pomnikami wiary chrześcijańskiej. W czasowniach odmawia się modlitwy, zapala się świece przed ikonami. Liturgia odprawiana jest jedynie w wyjątkowych przypadkach. Katolickie kapliczki w odróżnieniu od czasowni mogą jednocześnie pełnić funkcję niewielkich świątyń.

 
Można rzec – i wszystko jasne. Przy czasowni zlokalizowany był również cmentarz, gdzie pochowani są mieszkańcy tych terenów. Niestety trzeba użyć w tym miejscu słowa „zaniedbany” – bo tak wyglądał ten zarośnięty cmentarz. Nagrobki, a dokładniej rzecz biorąc kamienne krzyże miały już po kilkadziesiąt lat…
  
Znajdowaliśmy się teraz we wsi Regietów Wyżny, który jest dziś bezludną doliną. Kapliczki, cerkwisko wraz z kolejnym zaniedbanym cmentarzem (o tym za chwilę), na który natrafiliśmy kilkaset metrów dalej, przypomina, że kiedyś była to ludna wieś. Wysiedlenie w ramach akcji "Wisła" w 1947 r. nie oszczędziło także i Regietowa, choć z punktu widzenia turysty szczęśliwie nie zaludnił się ten teren z powrotem.

Trudno by mi było sobie wyobrazić aby tak malownicze tereny mogły być zamieszkane na stałe. Dla formalności warto dodać, że w Regietowie Niżnym – dla odmiany – mieszka kilkadziesiąt osób. Władza ludowa bowiem, zorganizowała tam PGR, a dziś funkcjonuje tu Stadnina Koni Huculskich.

Idąc dalej natrafia się na stare cerkwisko z kolejnym opuszczonym cmentarzem. Przy wejściu można natrafić na drewnianą tablicę z zacierającymi się napisami, która głosi:


Cmentarz parafialny.

Miejsce po cerkwi gr.kat. z 1865 r. p.w. Św. Michała Archanioła w Regietowie Wyżnim, parafialnej do 1947 r. – do wysiedleń w Akcji Wisła. Cerkiew rozebrano w 1959 r. i przeniesiono do Żółkiewki (woj. zamojskie).

Wieś istniała już w 1665 r. W 1859 czynna szkoła parafialna. W I w. św. 34 uwięziono w austr. obozie w Talerhof. W 1938 r. na wsz. 860 mieszkańców było 835 Rusinów. Istniały 2 szkoły jednoklas. W l. 1944-46 część mieszk. deport. do Zw. Sowieckiego (brak danych). Całą pozostałą część Rusinów (718 os.) w 11-15.06.1947 wysiedl. na Ziemie odzysk. w ramach akcji wys. całej ludn. ukraińskiej.


pod opieką parafian Regietowa
Par. Prawosławna w Gładyszowie.

Byłem zatem świadkiem – ktoś może powiedzieć – zwykłej historii tej wsi. Biorąc jednak pod uwagę wydarzenia powojenne nabiera ona unikalnego charakteru. Można mieć tylko żal, że tak tętniąca życiem wieś została zniszczona. Dziś oglądać możemy tylko nieliczne jej ślady.


Ta jedna z piękniejszych dolin Beskidu Niskiego otoczona szczytami Jaworzyny i Jaworzynki i Rotundy, na która właśnie zmierzaliśmy nie przestała nas pochłaniać. Otóż idąc tamtejszym gościńcem, w pewnej chwili mija się słup kamienny z wyrytą informacją, że tutaj zaczyna się droga ku cmentarzowi wojennemu nr 48. Jako, że trzymałem się raczej ogona, nie miałem czasu aby tam podejść. A szkoda, gdyż jest to kolejne dzieło Dušana Jurkoviča – niestety zaniedbane.

Oprócz walorów krajobrazów i historycznych, naszymi zmysłami zawładnęły również te przyrodnicze. Jak już wspominałem w niedalekiej odległości znajdowała się Stadnina Koni Huculskich. Mogliśmy zatem podziwiać jak na sporym pastwisku pasie się aż kilkadziesiąt jej mieszkańców. Po kilkunastu minutach mieliśmy szczęście spotkać dwa Hucuły tuż przy naszej drodze. Oczywiście radości z tego zdarzenia było co nie miara. Konie dawały się swobodnie dotknąć. Aż trudno uwierzyć, że na tak małym skrawku terenu można doświadczyć tylu wrażeń.


Ponadto dodam, że nie zabrakło także i innych przygód. Otóż chwile grozy można było przeżyć podczas przeprawy przez Regetówkę, która odbywała się rozklekotaną i wąską kładką. Owa przeprawa już przy pierwszym postawionym na niej krokiem przechylała się na bok. Wszyscy zaliczyli ten test sprawności pomyślnie.

Po opuszczeniu Regietowa i minięciu bazy namiotowej SKPB Warszawa zaczęliśmy wspinać się na Rotundę. Z ciekawostek dodam jeszcze, że był tam znak drogowy zakaz wjazdu, z tablicą: „nie dotyczy ALP”. Nazwa brzmi dosyć komicznie jednak cóż to ALP znaczy? Po skrótem kryła się Administracja Lasów Państwowych.

Nie wiedzieć skąd, zaczęło mnie łapać nagłe zmęczenie. Był to najgorszy moment, gdyż podejście pod Rotundę także jest strome i wymagające. Na górze czekało na nas kolejne spotkanie z czasami I wojny światowej, ponieważ zlokalizowany jest tam cmentarz wojenny nr 51. Jego wygląd rysował się na planie okręgu (stąd nazwa Rotunda). Na środku ujrzeć można drewniane wieże, zaś na jego łuku zlokalizowane są krzyże z nazwiskami pochowanych. Projektantem był ponownie Dušan Jurkowič. Dla dociekliwych dodam, że znajduje się tu 20 mogił pojedynczych i 4 zbiorowe, w których spoczywa 42 żołnierzy armii austro-węgierskiej i 12 armii rosyjskiej. W 1980 r. został wpisany do rejestru zabytków. Miejmy nadzieję, że to uchroni go od zagłady. Już sam widok cmentarza wojennego, na którym trawa jest ładnie ścięta wlewa w serca trochę nadziei.


Mimo wszystko, nekropolia nie przetrwała próby czasu. Kiedyś bowiem wież było aż pięć. Dla zachęcenia dodam jednak, że przez wielu, cmentarz wojenny nr 51 uważany jest za najpiękniejszy ze wszystkich niemal 400.

Na cmentarzu tym można znaleźć też taką oto inskrypcję: „Nie płaczcie, że leżymy tak z dala od ludzi, a burze już nam nieraz we znaki się dały – wszak słońce co dzień rano tu nas wcześniej budzi i wcześniej okrywa purpurą swej chwały”

Dla formalności wspomnę o tym, że Rotunda jest górą zalesioną, o widokach nie ma zatem co marzyć. Te otwierają się dopiero pod koniec zejścia do Zdyni. Oprócz całej doliny pośród której biegnie droga wojewódzka podziwiać można także Popowe Wierchy. Cała trasa żegna nas błotem, a także widokiem gniazda bocianów.


Gruntowne mycie nastąpiło w rzeczce Zdynia, skąd było już tylko kilka kroków do naszego noclegu. Po obiedzie oraz walce o choć trochę higieny przyszedł wieczór i Łemkowska Watra, na którą nie poszedłem. Żałuję tego. Zamiast imprezy już w rejonach zachodu słońca poszedłem spać…

Co zaś przyniósł dzień trzeci? Kolejne spotkania z historią Łemków, ale o tym już w ostatnim epizodzie mojego pobytu w Beskidzie Niskim, o którym możecie przeczytać już teraz --> Beskid Niski (Radocyna + Lipna)