22 lipca 2011

Beskid Niski (Lackowa)

Po tatrzańskich wojażach, przyszedł czas na szczyty o ponad kilometr niższe. Nie była to jednak wycieczka czysto górska. W Beskidzie Niskim, a w zasadzie na Łemkowszczyźnie (ta nazwa bardziej pasuje do charakteru całego wyjazdu), co chwilę można natknąć się na ślady historii…

Zanim jednak wyruszyliśmy ku najwyższemu szczytowi Beskidu Niskiego, zawitaliśmy do Gorlic, gdzie w jednym z tamtejszych muzeów była prezentowana wystawa fotograficzna Zbigniewa Podsiadło pt. ”Łemkowyna”. Samo dotarcie na miejsce było niesamowitym wyczynem. Otóż ścisłe centrum Gorlic przypominało wtedy wielki plac budowy. Dzięki uprzejmości tutejszych mieszkańców dotarliśmy do celu.

Wchodząc do środka i przemierzając korytarze natykamy się na kilkadziesiąt czarno-białych fotografii pochodzących z Łemkowyny, a więc obszaru zamieszkanego niegdyś przez Łemków. Prezentowane są tam walory krajobrazowe i architektoniczne tego terenu.

Znamienną cechą Beskidu Niskiego uchwyconą obiektywem artysty są liczne cerkwie, których kopuły wpisały się w krajobraz okolicy na równych prawach z porozrzucanymi snopami siana, zmęczonymi twarzami prostych ludzi, pasącymi się leniwie krowami i licznymi kapliczkami.„ – czytamy na stronie WWW Dworku Białoprądnickiego, gdzie aktualnie można obejrzeć tą samą wystawę, którą ujrzałem w Gorlicach. Biorąc pod uwagę powojenny los Łemków, warto się tam wybrać (wystawa czynna do końca listopada) i ujrzeć malownicze fotografie nakłaniające do refleksji i zadumy.

O losach tej, zapomnianej przez dziesiątki lat, grupy etnicznej, posiadającej własny język, kulturę i obyczaje dowiadywałem się przez ten weekend jeszcze nie raz. Ale o tym później.

Miejsce: Beskid Niski

Cel: najwyższy szczyt jego polskiej części

Trasa: Mochnaczka Dzielec (793 m) Lackowa (997 m) Przełęcz Pułaskiego Cigelka (805 m) – święta Góra Jawor Wysowa-Zdrój

Pogoda: w miarę słoneczna

Widoczność: dobra

Po wyjściu z autokaru poczułem zimno. Czy to aby na pewno środek wakacji? Aż trudno było w to uwierzyć. Wysiedliśmy w szczerym polu. Przekrzywiony znak zielonego szlaku poinformował nas, że do Lackowej droga zajmuje około 150 minut.

Po wyruszeniu, moją uwagę przykuwało tylko błoto i kałuże. Niekiedy to błoto było tak duże, że trzeba było iść sąsiednią łąka pełną rosy. Plusem tego była naturalnie ekologiczna myjnia dla moich butów.

Rozległe łąki zapewniały początkowo widoki na Jaworzynę Krynicką. Po dotarciu do pierwszych słupków granicznych podążaliśmy już głównie lasem. Ten moment był też kluczowy z innego powodu. Szlak zielony prowadził nas tak jak setki innych szlaków PTTK, aż tu nagle widzę na drzewie namalowane zielone kółko z biała obwódką (oznacza to koniec bądź początek szlaku – jak kto woli). Widok ten był zatem dziwny, gdyż zielony szlak miał nas zaprowadzić aż do Wysowej.

W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś sobie robi jaja i poszedłem dalej. Zielonego znaku przez następnych kilkadziesiąt minut nie uświadczyłem, gdyż wszystkie były zamalowane. Co kilkadziesiąt metrów natrafialiśmy więc nie na drzewo z zielono-białymi pasami, lecz na takie z czarnym prostokątem. Orientację w terenie ułatwiały słupki graniczne. Lackowa leży bowiem na granicy polsko-słowackiej, a zatem droga była oczywista. Ponadto po stronie słowackiej poprowadzony jest słabo oznakowany szlak czerwony tak więc tak czy siak zgubić się było trudno.


Nie wiem czy aby kiedyś o tym nie pisałem, jednakże i tak wspomnę, że Lackową nazwać można „policyjną górą”. Łatwo jest więc zapamiętać jej wysokość i nie jest to na pewno 112 m! Najbardziej charakterystyczne są jednak zachodnie zbocza tej góry, które przypominają ścianę płaczu. Każdy kto przemierzy ten szlak zdziwi się, że taka stromizna w ogóle może występować w Beskidach, a co dopiero w Beskidzie Niskim (dowody tego faktu na kilku zdjęciach poniżej).

Podchodząc powoli pod ten szczyt, kilka razy po prostu upadałem ku ziemi i wchodziłem niby to na czworakach, a tak naprawdę to czułem się wtedy jak na tylko lekko przechylonej drabinie. Zadyszkę miałem co kilka kroków, zaliczyłem zatem niezliczoną ilość postojów. Ten stromy odcinek to zaledwie kilkaset metrów, jednakże jest to wyzwanie dla każdego miłośnika gór. Nagrodą jest zdobycie najwyższego szczytu Beskidu Niskiego.

 1-2) podejście pod Lackową

Niektórzy byli już tam prawie godzinę wcześniej, inni zaś wiele minut po mnie. Łatwo więc zauważyć, jaką trudność może sprawiać ta z pozoru niegroźna góra, która dziś jest niestety zalesiona. Nie zawsze jednak tak było. Jako, że do naszego Klubu Turystyki Górskiej „Wierch” należą także doświadczeni turyści, usłyszeć mogłem wiele ciekawych historii. Niektórzy zdobywali Lackową już w latach 70. ubiegłego wieku. Wtedy to widoków nie brakowało, a w dzisiejszych czasach szczyt okalają właśnie kilkudziesięcioletnie drzewa. Zdjęć z tamtego okresu czasu znaleźć mi się nie udało.

W dalszej części trasy, szlak nie był zbytnio urozmaicony, do tego stopnia, że zacząłem kombinować co oznaczają cyfry rzymskie i arabskie na słupkach granicznych. Miałem co prawda swoją hipotezę jednakże po powrocie do Krakowa została ona obalona.


W międzyczasie minęliśmy Przełęcz Pułaskiego. Jak to bywa w górach, mało która nazwa jest tutaj przypadkowa. Tak było i w tym przypadku. Otóż Konfederaci barscy w latach 1769-1772 mieli w tych rejonach swój obóz i siedzibę dowódcy Kazimierza Pułaskiego oraz byli wspierani przez miejscową ludność.

Zbliżaliśmy się do Wysowej, a nasze buty oraz spodnie stawały się coraz cięższe od nieodłącznej części wycieczek po Beskidzie Niskim. Mam tu na myśli oczywiście błoto, a właściwie to całe bajora. Były momenty kiedy trzeba była robić ogromne kółka by móc iść dalej.


Na około 2,5 km przed Wysową, szlak zielony opuszcza granicę. Gdy doszliśmy do tego momentu, zielone znaki znów się pojawiły. Cała grupa głowiła się dlaczego ktoś owe znaki zamalował na tak uczęszczanym odcinku.

W pewnej chwili padł pomysł aby zrezygnować ze szlaku zielonego. W zamian poszliśmy jeszcze mały kawałek granicą aby z niej zboczyć i dojść do świętej Góry Jawor.

Według przekazów ustnych, wszystko zaczęło się 21 IX 1925 roku, kiedy to poprzez górę Jawor, ze słowackiego Gabołtowa do Wysowej wracały cztery łemkinie. Gdy chyłkiem w ciemnościach przekraczały pobliską granicę, jedna z nich, Klafiria Demiańczyk doznała objawienia, ukazała się jej świetlista postać Matki Boskiej. Na drugi dzień, gdy powróciła ponownie w to samo miejsce znów zobaczyła przenikliwe światło oraz postać Matki Boskiej, która poprosiła aby w tym miejscu wybudować kaplicę. Wieść o tych wydarzeniach szybko obiegła okolicę, powodując coraz częstsze odwiedziny polany pod górą Jawor przez wiernych, którzy w modlitwie oczekiwali na kolejne objawienia, które miały miejsce jeszcze kilka razy.

Tak jak zostało wyżej napisane, natrafiliśmy na prawosławną kaplicę. Obok niej, znajduje się obecnie studnia, z której można nabrać wody. Skąd się tam wzięła? Oto odpowiedź:

14 X 1929, w dniu święta Opieki NMP (Pokrowy Bogarodzicy), w obecności tłumu wiernych dokonano poświęcenia kaplicy. Wkrótce, w jej pobliżu wytrysnęło źródełko, z którego woda według przekazu wiernych była źródłem wielu uzdrowień.

Warto dodać, że miejsce to jak i cała Łemkowszczyzna po II wojnie światowej zostały skazane na „śmierć”:

Sanktuarium przestało pełnić swoją funkcję po wysiedleniach ludności w ramach Akcji Wisła w 1947 roku. Wojsko Ochrony Pogranicza z drewnianej kaplicy utworzyło strażnicę, bez szacunku wykorzystując ją nawet jako szalet. Wystrój świątyni został spalony, ocalał jedynie obraz Matki Bożej, który został wydobyty ze zgliszcz.

Kilkanaście lat później, kiedy nieliczni Łemkowie powrócili w te strony, zaczęto starać się o powrót kultu tego miejsca. Trzeba przyznać, że cały ten trud nie poszedł na marne. Siłami wiernych, zarówno z Łemkowszczyzny jak i USA, kaplicę odremontowano. Obok kaplicy i studzienki znaleźć można dziś kilkadziesiąt krzyży. Jest to efekt pewnego obrzędu, który wpisał się już w krajobraz Góry Jawor.

Główne uroczystości, gromadzące tłumy wiernych, odbywają się 12 lipca w dniu święta apostołów Piotra i Pawła. W tym dniu, w pobliskiej Wysowej, rozpoczynają się modlitwy i rusza pielgrzymka. Wierni biorący udział w pielgrzymce niosą krzyże, które następnie są wkopywane na polanie przy cerkwi.

Dziś cała okolica jest bardzo ładnie zadbana. Na Górę Jawor prowadzi szeroki ścieżka spacerowa z Wysowej, na której nie zaznamy błota. Minęliśmy na tym fragmencie sporo spacerowiczów, a nawet całych rodzin z dziećmi.


Tuż przed Wysową natknęliśmy się na niewielką rzeczkę, z której wszyscy radośnie skorzystaliśmy. Nasze buty nie mogły się bowiem doczekać porządnego szorowania. Dzięki uprzejmości, mogłem skorzystać z małej szczoteczki do zębów i dogłębnie odświeżyć swoje obuwie. Po tym akcie czystości, musiałem oddać ten wspaniały sprzęt higieniczny. Niby to nic wielkiego ale idę sobie i podziwiam widoki, aż tu nagle dostrzegam brak szczoteczki w ręku. Sytuacja taka mnie zdenerwowała, musiałem się wrócić kilkaset metrów, na szczęście zguba się znalazła.


Po dojściu do celu, przyszedł czas na zwiedzanie. Wysowa jak wiadomo jest znanym uzdrowiskiem tak więc warto było odwiedzić tamtejszy park, który bardzo mi się spodobał. Liczne alejki, dużo ławek, pijalnia wód mineralnych oraz piękna fontanna to rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Oprócz parku, warta uwagi jest także drewniana cerkiew. To jednak nie był koniec atrakcji na dziś.

1) kościół pw. NMP Wniebowziętej wybudowany w l. 1936-38, 3-6) w Parku Zdrojowym

Nocleg zaplanowany mieliśmy w Zdyni. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to tak źle. Parterowy budynek z jednym korytarzem i licznymi pokojami po obu jego stronach, na końcu zaś stołówka. Zanim jednak tam weszliśmy czekaliśmy na zimnie kilkanaście minut. Efekt był dla mnie wręcz szokujący. Najpierw okazało się, że ponad 30 osób musi zmieścić się w zaledwie trzech pokojach. W praktyce wyglądało to tak, że 8-osobowe pokoje zamieniły się w 11-pokoje itp. Po rozdzieleniu tych miejsc, na swe lokum nadal czekało kilka osób, w tym ja. Nam przypadła drewniana chata na tyłach tej noclegowni.

Otwieramy drzwi i widzimy pięć łóżek, a obok nich, opartą o ścianę drabinę. Patrzę w górę – jakieś wnękę tam zauważyłem. Wchodzę po drabinie i widzę dwa „małżeńskie” materace ułożone jeden za drugim. Cała chata miała dach opadający niemal do ziemi, tak więc żeby dostać się do materaca, ułożonego na tyłach pomieszczenia trzeba było porządnie się nagimnastykować. Najpierw musiałem oprzeć się rękami o ścianę (a więc w rzeczy samej dach). Kolejnym problemem było to że odległość między materacami a skrajem dachu była mniejsza niż długość stopy. Przez te dwie noce przyjmowałem zatem najróżniejsze pozycje przejściowe. Z drugiej strony sądząc po tym opisie, strasznie musiałem przeżywać ten najgorszy nocleg w moim życiu – tak w istocie rzeczy było. Na potwierdzenie zrobiłem zdjęcia.



Teraz to mogłem tylko pozazdrościć tym, którzy wylądowali w budynku. My nie mieliśmy prysznica, toalety, a co za tym idzie wody, a nawet ogrzewania, zaś nasze pomieszczenie na górze nie posiadało nawet światła. Toaleta i umywalka znajdowała się na korytarzy w budynku, a więc każdorazowo przejście kilkudziesięciu metrów stawało się obowiązkowe. Zaś żeby wziąć prysznic musieliśmy się prosić naszych towarzyszy z przeludnionych pokoi. Można tylko sobie wyobrazić co się dzieje, gdy 10 kobiet czeka w kolejce na prysznic…

Jedynymi plusami było dobre jedzenie (choć i tak dawali małe porcje) oraz sklep, który znajdował się tuż przy ośrodku.

Zdynia nie jest zwykłą miejscowością położoną gdzieś tam w Beskidzie Niskim. O jej wyjątkowości świadczy Łemkowska Watra. Co roku, już od 1990 r., raz w roku (przez 3 dni) okolice te oblegane są przez Łemków z całego świata, a noclegi wyprzedane z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Dlaczego zatem Łemkowska Watra jest tak ważna i dlaczego jest to największa impreza łemkowska na świecie? – O tym już w następnym odcinku.

2 komentarze:

  1. w wyniku decyzji COTG Kraków szlak zielony na odcinku granicznym przeł. Cigielka - Lackowa - Dzielec uległ kasacji, na mocy porozumień ze stroną słowacką aby nie powielać granicznych odcinków szlaków pozostał szlak czerwony słowacki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! W trakcie odbywania tejże wycieczki (jak również jej opisywania) było to dla mnie zagadką natomiast później także dowiedziałem się o ów umowie. Trochę sensu to porozumienie niewątpliwie ma aczkolwiek ktoś wędrujący z mapą z naniesionymi szlakami mógłby zostać wpędzony w niepotrzebną konsternację.

      Dziękuję za informację, pozdrawiam!

      Usuń

Zapraszam do komentowania =)