22 czerwca 2008

Beskid Żywiecki (Rysianka + Lipowska + Boracza)

Mam problem z tą wycieczką, ponieważ nie pamiętam z niej praktycznie nic co mogłoby sprawić, że przypomnę sobie chociażby zarys jakichkolwiek zdarzeń. Brak zdjęć nie stawia od razu na przegranej pozycji ale tutaj mam po prostu czarną dziurę w pamięci. Gdyby nie wpis w książeczce Górskiej Odznaki Turystycznej oraz pieczątki ze schronisk to prawdopodobnie nawet nie zorientowałbym się, że w 2008 roku udało mi się odwiedzić te rejony.

RegionBeskid Żywiecki (zachodnia część, Grupa Lipowskiego Wierchu i Romanki)

Trasa: Złatna Huta  Schronisko PTTK na Hali Rysianka (1320 m)  Schronisko PTTK na Hali Lipowskiej (1290 m)  Boraczy Wierch (1244 m)  Redykalny Wierch (1144 m)  Hala Redykalna  Schronisko PTTK na Hali Boraczej (854 m)  Milówka

To była moja pierwsza wizyta w jednej z najpiękniejszej części Beskidu Żywieckiego. Widoki z Hali Rysianki należą bowiem do najcudowniejszych w Beskidach i zdecydowanie warto tam się wybrać w trakcie korzystnych warunków atmosferycznych. Gdy zobaczyłem ofertę wycieczki tutaj to nie wahałem się ani chwili. Pozostało tylko liczyć, że pogoda dopisze i pozwoli cieszyć się tymi terenami. Niestety, nie potrafię nawet odtworzyć warunków atmosferycznych. Czy było słonecznie czy też padało? Nie wiem ale obstawiam korzystną pogodę.

Nie wiem tak wielu rzeczy, że najprościej będzie napisać to czego jestem pewien. Otóż była to wycieczka zorganizowana i w sumie jak bumerang powracają kolejne wątpliwości. Jeździłem z Hutniczym naprzemiennie z Hutniczym Oddziałem PTTK oraz Kołem Grodzkim PTTK w Krakowie. W ramach Hutniczego Oddziału działają różne Koła, Kluby oraz Komisje. Ich archiwalna strona dość dobrze dokumentuje wycieczki z dawnych lat. Koło Grodzkie począwszy od 2007 r. wydawało natomiast biuletyn, w którym informowało o bieżących sprawach. Po przekopaniu wszystkiego co tylko mogłem, nie natrafiłem na żaden ślad wycieczki w Beskid Żywiecki.

Z racji, że wyprawa była zorganizowana to poruszaliśmy się razem z przodownikiem turystyki górskiej. W mojej książeczce GOT jest jego pieczątka wraz z imieniem i nazwiskiem, które nic mi nie mówi. Krótko mówiąc: nie znam faceta. Nawet wyszukiwanie internetowe zwraca tylko szczątkowe informacje bez jakichkolwiek powiązań z powyższymi oddziałami PTTK. Był zatem autokar, był przodownik ale w ramach jakiego zrzeszenia wędrowałem przez żywieckie schroniska - to pozostanie już chyba tajemnicą.

Miałem wręcz abstrakcyjne myśli, że może coś sobie zmyśliłem? Zdecydowanie nie, gdyż w książeczce mam pieczątki wszystkich trzech schronisk wraz z datami i podpisami. To co mnie rozbawiło to fakt, że zieloną pieczątkę z Hali Lipowskiej oraz tą z Hali Boraczej "wbiłem" do góry nogami. Na potrzeby czytelności zdjęcia zostały obrócone.

jedyne ślady odbycia przeze mnie wycieczki

Zastanawia mnie również fakt, że mam zdjęcia z wczorajszej wycieczki (odbyta 21 czerwca 2008 r. w Beskidzie Śląskim) oraz tej, którą odbyłem 2 tygodnie później (Koskowa Góra w Beskidzie Makowskim). To dziwne, że nie mam tutaj żadnego śladu. Może aparat odmówił posłuszeństwa?

Pamiętam, że rzeczywiście wędrowaliśmy ze Złatnej ku Rysiance. Stanowi to najszybszą drogę wejścia tutaj. Do pokonania jest tylko 4,5 km, po których można cieszyć się bajecznymi widokami.

W głowie utkwił mi jeszcze jeden szczegół z samej końcówki. Otóż szlak zielony z Hali Boraczej do Milówki charakteryzuje się tym, że ostatnich kilka kilometrów pokonuje się mało komfortową drogą asfaltową. Zapamiętałem z tego moment, że autokar podjechał trochę drogą biegnącą wzdłuż Milowskiego Potoku w efekcie czego, najbardziej uciążliwy fragment został nam odpuszczony. Ciekawe, że nie pamiętam niczego pomiędzy pierwszym, a ostatnim etapem wyprawy jak np. to co działo się w schroniskach.

Chyba nie ma sensu spisywać wspomnień na siłę, toteż na tym zakończę retrospekcję z tej wyprawy. Z pewnością jest to - jak dotychczas - najdziwniejszy wpis na tym blogu. Czułem się jak detektyw wertujący prywatne archiwum X. Szkoda, że bez pozytywnego efektu.

21 czerwca 2008

Beskid Śląski (Szyndzielnia + Klimczok)

To miał być weekend pełen wrażeń. Dziś w planach była wycieczka w Beskid Śląski zaś jutro mieliśmy ruszyć ku Beskidowi Żywieckiemu. W obu przypadkach czekały widokowe szlaki oraz szczyty przekraczające poziom tysiąca metrów nad poziomem morza.

Region: Beskid Śląski (Pasmo Szyndzielni i Klimczoka + Beskid Węgierski)

Trasa: dolna stacja kolei gondolowej na Szyndzielnię  schronisko PTTK Dębowiec - Przełęcz Dylówki - górna stacji kolei gondolowej - schronisko PTTK na Szyndzielni (1001 m)  Szyndzielnia (1028 m)  Klimczok (1117 m)  Kowiorek (Siodło pod Klimczokiem) (1040 m)  Chata Wuja Toma (714 m)  Przełęcz Karkoszczonka (729 m)  Hyrca (929 m)  Kotarz (974 m)  Grabowa (907 m)  Biały Krzyż (940 m)  Przełęcz Salmopolska 

Pogoda: letnia, bezdeszczowa

Widoczność: dobra

Przyjemność odwiedzenia Beskidu Śląskiego mogłem dostąpić dzięki kierownikowi Januszowi Pustułce będącego prezesem koła PTTK ZH, które działa w ramach Hutniczego Oddziału PTTK w Krakowie. O poranku ruszyliśmy do Bielska-Białej, a nasza trasa wiodła początkowo przez "zakopiankę", a następnie przez Kalwarię Zebrzydowską, Wadowice oraz Kęty. Przejechaliśmy całe miasto i dotarliśmy do dolnej stacji kolei gondolowej. Zdecydowana większość grupy skorzystała z możliwości wjechania zaś tylko sześcioro uczestników ruszyło szlakami pieszymi prowadzącymi na szczyt. W tym skromnym gronie byłem również ja.

W związku z tym czekało nas kilka kilometrów solidnego podchodzenia i około 500 m przewyższeń do pokonania. Nie była to jednak wspinaczka pozbawiona atrakcji. Już na początku drogi dotarliśmy do schroniska PTTK na Dębowcu, które uraczyło nas pięknym widokiem na Bielsko-Białą oraz okoliczne wzniesienia.

1-4) na Dębowcu: widoki, schronisko oraz pieczątka

Budynek, które mieści teraz schronisko wzniesiono prawdopodobnie około połowy XIX wieku. Solidny obiekt został wykonany z drewna modrzewiowego i pełnił wtedy rolę gajówki Zarządu Lasów księcia Sułkowskiego.

Budynek przetrwał niespokojne czasy pierwszej i drugiej wojny światowej. Po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku opuszczona gajówa została splądrowana przez złodziei i szabrowników. W latach powojennych obiekt odwiedzany był przez harcerzy i studentów.

W 1954 roku Dyrekcja Lasów Państwowych przekazała obiekt pod opiekę bielsko-bialskiemu Oddziałowi PTTK. Schronisko zostało odnowione i uruchomiono tu bufet turystyczny.

W latach 90. XX wieku budynek został wyremontowany, urządzono stylową jadalnię z kominkiem. Obiekt posiadał przytulną, przeszkloną werandę. 

Nie zabawiliśmy tutaj zbyt długo, ponieważ musieliśmy gonić grupę, która zyskała ok. półtorej godziny. Ze schroniska Szyndzielnię można zaatakować na co najmniej dwa sposoby. Do wyboru jest szlak czerwony oraz zielony. Czerwony prowadzi trasą narciarską trawersami i kilkoma serpentynami kosztem większej odległości. Zielony natomiast prowadzi krótszą drogą aczkolwiek spodziewać się wtedy należy większej stromizny. Niestety nie pamiętam, którym szlakiem wędrowaliśmy ale bardziej skłaniałbym się ku zielonemu.

pamiątkowa pieczątka

Szyndzielnia wycisnęła z nas mnóstwo potu. Po minięciu górnej stacji kolei gondolowej było już łagodniej, a do schroniska dzieliło nas tylko kilkanaście minut. Ponownie i tutaj zadbałem o pieczątkę upiększającą moją książeczkę GOT. Choć niewątpliwie zasłużyliśmy na dłuższy odpoczynek to jednak niespecjalnie mogliśmy sobie na niego pozwolić. Nadal byliśmy na samym końcu grupy. Na szczęście kolejna okazja do popasu nadarzyła się już po około 20 minutach. Osiągnęliśmy bowiem szczyt Klimczoka, a zatem najwyższy punkt na naszej dzisiejszej trasie.

widok z Klimczoka (po lewej Babia Góra)

O ile Szyndzielnia była dla mnie czymś zupełnie nowym, o tyle Klimczok odwiedziłem ledwie kilka miesięcy temu. Dokładnie 3 lutego 2008 r. miała miejsce jedna z najbardziej niepowtarzalnych wypraw, którą dotychczas odbyłem. Piękna, wyżowa oraz mroźna pogoda zapewniła cudowne widoki. Swoista "wyjątkowość" tej wycieczki polegała zaś na tym, że założyłem za długą trasę na krótki, zimowy dzień i egipskie ciemności zastały mnie w górach. Co gorsza, nie posiadałem czołówki, a bateria w moim czarno-białym telefonie się wyczerpała. Tam działo się naprawdę wiele i chwilami rzeczywiście wyglądało to dramatycznie. To jednak opowieść na specjalną retrospekcję.

Dla mnie liczyło się to, że osiągając Klimczok letnią porą mogłem ten szczyt odczarować, ponieważ dziś już nic nie mogło mi zagrozić, a przynajmniej wtedy tak uważałem. Klimczok to góra wyjątkowa, bowiem z wierzchołka ku wschodowi rozciąga się na zboczu szeroka polana, która zapewnia piękne widoki na Beskid Żywiecki oraz Tatry. Właśnie tego doświadczyłem w lutym zaś dzisiaj Tatry stały się nieosiągalne. Najistotniejsze wierzchołki Beskidu Żywieckiego były jednak widoczne.

Szeroka Polana sprowadza na przełęcz, za którą stoi schronisko PTTK na Klimczoku. Co ciekawe, nie było to ostatnie schronisko na naszej drodze, toteż z pełną świadomością można stwierdzić, że infrastruktura w tej części Beskidu Śląskiego zdecydowanie zachęca do całorocznej aktywności.

1-4) na szlaku czerwonym między Klimczokiem i przełęczą Karkoszczonka

Po uczcie widokowej nastąpił moment zejścia na przełęcz, a następnie - już do samego końca - poruszaliśmy się szlakiem czerwonym. Było stromo w górę, to teraz czekał nas fragment ze stromizną w dół. Tylko 2 km dzieliło nas od przełęczy Karkoszczonka, a w tym czasie musieliśmy wytracić około 300 m wysokości. Trzeba było zatem ostrożnie stawiać kroki oraz uważać na oznaczenia szlaku. Fragmentami poruszaliśmy się bowiem po wiatrołomach. To z kolei pozwalało delektować się ponownie okolicznymi wzniesieniami.

miejscami trzeba było obchodzić bajora

To co w międzyczasie mogłem zaliczyć do sukcesów jawiło się w dogonieniu mojej mamy, która skorzystała z kolei gondolowej. W tym kontekście napisać warto, że była to wyjątkowa wycieczka. Takich górskich wypraw, gdzie wędrowałem z mamą nie było za wiele. Myślę, że można je policzyć na palcach jednej ręki i zawierają się w tym niektóre wycieczki odbyte w latach 2006-2008. Później podrosłem, stałem się bardziej samodzielny i dziś zostały już tylko wspomnienia. Fajnie jednak czasem powspominać z rodzicem dawne dzieje. Wtedy człowiek raczej sobie nie zdawał sprawy jak w przyszłości urośnie sentyment do takich wędrówek.

kolejna pamiątkowa pieczątka

Osiągnęliśmy Przełęcz Karkoszczonka. Poniżej przełęczy zlokalizowana jest Chata Wuja Toma, a więc już czwarte schronisko na dzisiejszej strasie. Żeby jednak otrzymać pieczątkę trzeba było zejść, a następnie wrócić po tych samych śladach. Mama zaczekała na mnie na przełęczy, a ja pognałem z książeczką GOT. Trzeba przyznać, że zbieranie odznak i pieczątek niewątpliwie motywuje. Gdybym bowiem tego nie robił to zapewne nie pofatygowałbym się do Chaty. Po co gdzieś schodzić skoro potem trzeba się natrudzić?

Kolejne kilometry wędrówki szlakiem czerwonym wiodły nas przez kilka szczytów, w tym między innymi przez Hyrcę, Kotarz oraz Grabową. Wchodzą one w skład tzw. Beskidu Węgierskiego, czyli grzbietu pomiędzy Przełęczą Salmopolską oraz Beskidkiem. Najprościej rzecz ujmując Beskid Węgierski łączy się od południa z Pasmem Baraniej Góry i Skrzycznego zaś od północy z Pasmem Klimczoka i Szyndzielni.

widok na masyw Skrzycznego i Malinowskiej Skały

Przez kilka kilometrów gdzieniegdzie towarzyszyły nam widoki na najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, czyli na Skrzyczne. Oddzieleni byliśmy od niego głęboką doliną, w której zlokalizowany jest Szczyrk. Szlak prowadził grzbietem co chwilami oznaczało przyjemną i prostą wędrówkę. Gdy jednak zbliżaliśmy się do poszczególnych kulminacji to musieliśmy ponownie znaleźć dodatkowe siły. Cieszę się, że widoki nie skończyły się na Klimczoku, ponieważ jedną z najgorszych rzeczy w górach jest monotonna wędrówka przez las. 

ostatnie zachowane kadry z wycieczki

Relacja fotograficzna byłaby dużo okazalsza ale niestety przez awarię komputera, przepadły setki zdjęć. To i tak dobrze, że choć kilkanaście się ostało, bo z wielu historycznych wypraw straciłem cały dobytek. 😔

Ostatnim akcentem wyprawy było osiągnięcie Przełęczy Salmopolskiej, gdzie dorwałem kolejną pieczątkę. W nogach czułem, że to była porządna trasa. Licznik osiągnął ok. 17-18 km. Najważniejsze, że udało się przemierzyć piękne szlaki i odkryć śliczne zakątki.


Jazda powrotna oznacza zaś małe podsumowania czynione przez kierownika imprezy. Nagrodzony został na przykład najmłodszy uczestnik, którym tym razem - wyjątkowo - nie byłem ja. Ciekawa była reprymenda dla spóźnialskich, którzy w nagrodę otrzymali nową mapę ażeby lepiej ocenić w przyszłości czas marszu. To powinno zadziałać choć może idąc tym tropem, lepiej następnym razem znów się ociągać byle tylko otrzymać świeży arkusz. 😉
W nagrodę za dzielne wędrowanie wszyscy uczestnicy otrzymali od organizatora tradycyjnego cukierka.
kierownik imprezy Janusz Pustułka
Lubię wycieczki, które oprócz możliwości odkrywania nowych szlaków, dostarczają również dobrą atmosferę chociażby w autokarze, a nie byłoby to możliwe gdyby nie zaangażowanie kierownika imprezy. Do Krakowa powróciliśmy ok. godz. 20:00. Na regenerację i złapanie siły przed kolejną wyprawą nie zostało więcej jak kilka godzin. Nie myślałem jednak o tym za wiele, zakładając zapewne, że młody organizm zregeneruje się błyskawicznie.

7 czerwca 2008

Beskid Makowski (Babica)

Region: Beskid Makowski (pasmo Sularzowej i Babicy)

Trasa: Harbutowice Szkoła - Harbutowice Kijówka  cisy Raciborskiego  Bieńkowska Góra (676 m)  Babica (728 m)  kapliczka św. Huberta  Trzebuńska Góra (625 m)  Sularzowa (617 m)  Plebańska Góra (510 m)  Myślenice

Pogoda: słoneczna

Koło Grodzkie PTTK w Krakowie w ramach akcji "Nie siedź w domu, idź na wycieczkę", organizuje wiele ciekawych spacerów, dzięki którym można lepiej poznać okolice Krakowa. Wycieczki odbywają się co roku w okresie od kwietnia do października. Co więcej, poprzez uczestnictwo można zdobywać odznakę turystyczno-krajoznawczą "Miłośnik okolic Krakowa". Za udział w 15 wycieczkach uzyskuje się prawo do odznaki w stopniu brązowym. Kolejnymi etapami są odznaki w barwie srebrnej oraz złotej ale tu trzeba już odbyć odpowiednio 30 i 50 wypraw.

jedna z moich książeczek do "Miłośnika okolic Krakowa"

W 2006 r. udało się uzbierać tyle wypraw by dostąpić zaszczytu otrzymania odznaki brązowej. Do srebrnego stopnia zabrakło niewiele - tylko czterech wypraw. Ta opisywana teraz widnieje w mojej książeczce jako ostatnia. Była to zatem jedna z moich ostatnich wycieczek z Kołem Grodzkim PTTK.

z tyłu książeczki ujrzeć można odznaki do zdobycia

Choć najczęściej trasy obejmują najbliższe okolice Krakowa to jednak czasem organizowano iście beskidzkie spacery i tak właśnie było dzisiaj, kiedy w planie było przemierzenie najbardziej na północ wysuniętego pasma Beskidu Makowskiego.

Do Harbutowic bez kłopotu można dojechać busami, między innymi tymi jadącymi w kierunku Zawoi. Gdy ruszyliśmy z przystanku, szliśmy póki co wiejskimi drogami bez szlaku. Z tego fragmentu zapamiętałem jedno zdarzenie. Otóż nastąpił krótki postój przy lokalnym sklepie. Postanowiłem w nim zaszaleć i kupić napój, którego nigdy wcześniej nie spożywałem. To był mały wiejski sklepik, toteż wybór duży nie był ale ostatecznie skusiłem się na napój Slice, który z daleka przypominał coś co będzie smakowało jak Sprite. Nastawiałem się zatem na pyszny, orzeźwiający smak, a dostałem coś ohydnego. Już po pierwszych łykach wiedziałem, że nie będę w stanie tego dopić. Pozostało zatem wylać resztę. Pewnie zapłaciłem za butelkę dwa lub trzy złote ale wtedy to była dla mnie duża strata. Warto bowiem przypomnieć, że pierwsze lata XXI wieku nadal oznaczały dla większości w Polsce konieczność oglądania kilku razy każdej złotówki i braku możliwości prowadzenia konsumpcyjnego stylu życia. Zresztą, mając 15 lat, nie miałem za wielu zasobów finansowych. 

W rejonie przysiółka Kijówka dołączyliśmy do szlaku czarnego, który zaprowadził nas do pierwszej atrakcji na trasie. Były nią cisy Raciborskiego. Zupełnie mnie to miejsce zaskoczyło, bowiem dotychczas uczyłem się w szkole o dębie Bartku, a tymczasem o cisach leżących tak blisko Krakowa nie słyszałem. Tymczasem dwa rosnące cisy mają ok. 700 lat, a to wynik imponujący. Było to też świetne miejsce na odpoczynek i posłuchanie opowieści przodownika.

W dalszej fazie czekało nas podejście na główny grzbiet pasma Babicy. Wyczekiwaliśmy spotkania ze szlakiem czerwonym, bowiem to oznaczało osiągnięcie celu i jednocześnie zakończenie najbardziej wymagającego etapu wycieczki. Po osiągnięciu grzbietu już do samego końca poruszaliśmy się czerwonym szlakiem znanym lepiej jako Mały Szlak Beskidzki.

Mozolne podejście zamieniło się zatem w bardzo przyjemną, szeroką, beskidzką drogę, z której gdzieniegdzie otwierały się widoki w stronę południową. Podziwiać zatem mogliśmy nie tylko okoliczne pasma Beskidu Makowskiego ale również szczyty Beskidu Żywieckiego. Były to jednak krótkie odcinki, toteż warto podkreślić, że przez przeważającą część trasy poruszaliśmy się terenem zalesionym.

Choć mieliśmy po drodze jeszcze kilka wierzchołków to jednak przewyższenia były stosunkowo niewielkie. Udało się zatem zdobyć kolejne górki bez większego trudu. Ważne, że pogoda dziś dopisała przez co było słonecznie i bardzo ciepło. To co utkwiło mi w głowie to przede wszystkim kolor zielony. Czerwiec w Beskidach oznaczał bujny rozkwit roślinności, a soczysta zieleń wdzierała się do źrenic z każdej niemal strony. W takim towarzystwie pokonywaliśmy kolejnych kilkanaście kilometrów.

To co zasługuje na uwagę to zejście z Plebańskiej Góry. Tam bowiem las ustępuje miejsca łąkom i polom przez co otwiera się cudowny widok na Myślenice. Stamtąd świetnie można zaobserwować jak spora jest to mieścina. W tym kontekście, przeżyłem analogiczną sytuację jak przed dwoma tygodniami, kiedy to schodziliśmy z Dalina wliczającego się do pasma Barnasiówki. Wtedy również stolicę powiatu mieliśmy przed sobą. Fajnie zatem, że kolejne wycieczki się ze sobą zazębiały przez co lepiej można nauczyć się topografii terenu. Szkoda, że nie zachowały się z tej wycieczki zdjęcia. Jest to zatem doskonały pretekst to ponownego przemierzenia tego szlaku w przyszłości.

Na koniec jeszcze jedno wspomnienie. Wycieczki organizowane z Kołem Grodzkim PTTK przy pomocy komunikacji zbiorowej zawsze miały to do siebie, że zakładały godzinę i formę powrotu. Dziś miały to być busy z Myślenic, które kursują stosunkowo często. Trasę mieliśmy jednak dziś nawet długą, bo wynosiła ok. 20 kilometrów. W efekcie, miałem wrażenie, że na założony w planie kurs nie uda się zdążyć. Zresztą, przy letniej pogodzie szkoda wracać od razu do Krakowa, lepiej wszak pobyć w górach dłużej. Tymczasem pod koniec nasz przodownik zaczął tak szybko maszerować, że spora część grupy została na szlaku w tyle. Nauczony doświadczaniem, starałem się trzymać opiekuna grupy ale nawet mi ciężko było dotrzymać kroku. Co zaś powiedzieć o wielu seniorach, którzy również wtedy wędrowali. Z tego co pamiętam to na busa zdążyliśmy ale udało się to tylko kilku osobom. Reszta została na czerwonym szlaku i w zasadzie musiała sobie radzić samodzielnie. Choć swoje przemyślenia zachowałem wyłącznie dla siebie to dla mnie coś takiego było absolutnie niedopuszczalne. Można było przecież zachować spokojne tempo i pojechać następnymi kursami.

To zdarzenie nie zmienia jednak mojej opinii o malowniczych walorach północnej części Beskidu Makowskiego. Są to okolice dobrze skomunikowane, toteż każdy może się tu wybrać na wycieczkę i pokonywać kolejne kilometry we własnym tempie.