Szczerze? „To był najgłupszy pomysł od czasów oblężenia Troi”.
Miejsce: Gorce
Cel: Turbacz (1310 m)
Trasa: Nowy Targ (dworzec PKS – rynek – Kowaniec
Pogoda: szkoda gadać
Widoczność: właściwie brak…
- Hej, kumpel! Jedziesz z nami nocą na Turbacz?
- Nocą? Hm, zastanowię się ale raczej tak.
- No to świetnie, obmyśl jakąś fajną trasę i dojazd.
- Nie ma sprawy, jesteśmy w kontakcie!
Tak to się mniej więcej zaczęło czwartkowym bądź piątkowym
przedpołudniem spędzanym w szkole. Zgodziłem się na tę propozycję choć
po części mi się jechać nie chciało. No ale klamka zapadła!
Na Turbacz można dojść od naprawdę wielu stron. Wyciągając mapę
starałem się znaleźć tą najkrótszą. Padło na szlaki prowadzące z Nowego
Targu. Innej alternatywy po prostu nie było. Z Rabki trasa byłaby zbyt
długa, a inne szlaki? One prowadzą zazwyczaj z małych wiosek do których
komunikacja publiczna po zachodzie Słońca już nie dojeżdża.
Niestety nawet dojazd w nocy do Nowego Targu jest utrudniony.
Pociągów między 23. a 5. w tamtych okolicach się nie spotka, może więc
autobus? Tu też mały zawód. Ostatni autobus do Zakopanego z krakowskiego
dworca odjeżdża o 22:05, zaś następny dopiero o 3:40. My
potrzebowaliśmy czegoś po środku. Jeden z kolegów chciał zobaczyć wschód
Słońca na Turbaczu. Przy obecnym układzie komunikacyjnym było to jednak
niemożliwe.
Nieco po godzinie 22. wyruszyliśmy więc w kierunku Nowego Targu do
którego dojechaliśmy tuż po 23:30. Przez całą drogę nie zmrużyłem oka
myśląc o tym jak nasza wędrówka będzie wyglądać.
Ze względu na porę miejskiego autobusu do Kowańca o tej porze zastać
także nie mogliśmy, toteż przyszedł czas na przejście całego miasta.
Był to niewątpliwy minus ale nie oszukujmy się – wybraliśmy mniejsze
zło. Najpierw minęliśmy kilka ulic, następnie rynek żyjący gorączką
sobotniej nocy w pobliskim klubie oraz Czarny Dunajec. Za mostem
pozostawało jeszcze parę kilometrów. W Kowańcu przywitał nas ładnie
oświetlony kościół.
Po co iść nocą na Turbacz? Nie wiem, po prostu nie wiem. Co do
wakacyjnej wyprawy na Babią Górę cel był jasny – wschód Słońca. Na
Turbaczu de facto wschodu w czystej jego postaci się nie zobaczy, co
najwyżej wschód zza korony drzew, a to przecież nie to samo.
Cywilizacja skończyła się przy stacji narciarskiej na Długiej
Polanie. Tam musieliśmy wyciągnąć latarki. Szeroka droga wkraczała w
gęsty las. Atmosfera ciekawości zaczęła mieszać się ze strachem. Ryzyko
zgubienia szlaku było ogromne. Moim zadaniem było więc wypatrywanie
biało-zielonych znaków tym bardziej, że tym szlakiem na Turbacz nigdy
nie szedłem.
Pierwsze atrakcje napotkały nas już po kilku minutach wędrówki w
ciemnościach. W pewnej chwili niemal podskoczyłem i aż zakrzyczałem, gdy
kilkanaście metrów przed nami światło latarki odbiło się od ślepi,
które zmierzały w naszym kierunku! Na całe szczęście był to tylko kot.
Dalszym etapem było minięcie ostatnich zabudowań, wąska ścieżka
wzdłuż płotka zaprowadziła nas już do lasu. Tuż przed nim nastąpiło
chwilowe, ostrzejsze nachylenie stoku. Było to zaledwie kilka metrów
jednakże jego stromiznę można porównać ze schodami prowadzącymi na wieżę
Kościoła Mariackiego. Warto przy tym podkreślić, że stromizna ta była
gładka tzn. bez schodów. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt,
że całość była pokryta lodem. W tym miejscu zaliczyłem swoje pierwsze
dwa upadki tej nocy. Po prostu nie dało się pokonać tych trzech metrów,
nawet kije mi nie pomagały. Zsuwałem się automatycznie w dół.
W tym miejscu naszła mnie chwila refleksji. Otóż jeżeli cała droga
na Turbacz ma być pokryta warstwą lodu to mieliśmy nieźle przerąbane. I
jeszcze druga refleksja. Raki by się tu przydały o wiele bardziej niż na
Ornaku. Oczywiście stwierdzenie to było wypowiedziane pod wpływem
emocji.
Niestety im dalej w las tym więcej lodu. Na całe szczęście teren
piął się do góry już o wiele łagodniej. Po kilkunastu minutach stało się
coś niewyobrażalnego co zaskoczyło każdego z nas. Była mniej więcej
godzina 1. w nocy. Nagle w tym ciemnym lesie słyszymy jakieś kroki! Tak,
to jakiś człowiek, który schodził z góry! W pewnej chwili wyłonił nam
się mężczyzna w średnim wieku. Jeżeli byłby to pracownik tutejszego
nadleśnictwa to mogliśmy już śmiało zawracać. Przede wszystkim wielkie
było zaskoczenie. Mężczyzna zatrzymał się przed nami i co ciekawe zaczął
mówić do nas góralską gwarą. Spytał dokąd zmierzamy, po usłyszeniu
oczywistej odpowiedzi zaczął nam w skrócie opowiadać jak sprawa szlaku
ma się na wyższych wysokościach. Nie było to zbyt ciekawe, gdyż
usłyszeliśmy, że wyżej lodu jest jeszcze więcej, a przecież już teraz
ślizgaliśmy się niemiłosiernie. Po życzeniach „powodzenia” każdy ruszył w
swoją stronę.
Po takim niecodziennym spotkaniu muszę stwierdzić, że owy góral
został moim idolem! Mówiąc kolokwialnie nie ogarniam gościa. Facet szedł
całkowicie sam, w środku nocy i to jeszcze bez latarki! Przy nim, nasza
trzyosobowa ekipa wyposażona w latarki to pikuś jest. W życiu nie
odważyłbym się chodzić sam w nocy po górach. To poza moimi granicami
dlatego napotkany mężczyzna został moim idolem. Szkoda tylko, że
prawdopodobnie już więcej go nie spotkam. Nie zapamiętałem nawet jego
twarzy…
Dalsza sytuacja na trasie trochę się uspokoiła. Fragmentami lodu nie
było wcale, co było wielką ulgą dla naszych mięśni nóg. Tej nocy
musiały być one bardzo wyczulone podczas stawiania kroków. Chodzenie
takim szlakiem było dosyć skomplikowane. Nieraz musieliśmy się
przeciskać między gałęziami drzew aby ominąć niebezpieczne fragmenty.
Często też robiliśmy sobie postoje. Mimo wszystko, jakoś ta wędrówka
szła. Niekiedy wkraczaliśmy także na polanki widokowe, z których
mogliśmy podziwiać rozświetlony Nowy Targ.
Początkowo pogoda nie zaliczała się do najgorszych. Lekki mrozik nie
był przez nas odczuwalny. Idąc pod górę zdjąłem sobie nawet polar.
Wszystko zaczęło się komplikować wraz ze wzrostem wysokości. Przede
wszystkim zaczął prószyć śnieg - to raz, a dwa, że zaczął wiać coraz
silniejszy wiatr. Niestety kilka tygodni temu odpiąłem sobie kaptur z
kurtki, to też ten wicher szczególnie mi przeszkadzał.
Podchodziło się coraz gorzej. Opad był coraz obfitszy, a ponadto
wiał z różnych stron. Mniej więcej na godzinę drogi przed Turbaczem
szlak zielony, którym się kierowaliśmy miał połączyć się ze szlakiem
niebieskim. Tego momentu jednak nie doczekaliśmy. Dokładnie o godzinie
2:25 prawdopodobnie w okolicach polany Bukowina Waksmundzka podjęliśmy
decyzję o zawróceniu nie widząc sensu w dalszym podchodzeniu. W tym
miejscu padło także stwierdzenie zawarte na wstępie tej relacji. Od tej
pory ten „najgłupszy pomysł od czasów oblężenia Troi” towarzyszył naszym
ustom aż do Nowego Targu.
Zejście okazało się najtrudniejszym i najbardziej bolesnym
fragmentem nocnej wyprawy. Wszystkiemu winny był oczywiście lód. Szliśmy
powoli, jednak upadków tej nocy wyeliminować się nie dało. Nie liczyłem
już ile razy się wywróciłem. Tak na oko to z kilkanaście
razy w tym m. in. wywalenie się na tyłek i zjechanie kilka ładnych
metrów w dół wprost pod nogi kolegi, nawiasem mówiąc dobrze, że go nie
podciąłem. A już nie zapomnę tego momentu gdy wywróciliśmy się wszyscy w
tej samej w chwili! Wyglądało to naprawdę komicznie. Były również takie
fragmenty, w których po prostu piechurkowanie było bezsensowne. Lepiej
było usiąść i najnormalniej w świecie zjechać po gładkiej tafli lodu.
Tarcie należało wziąć więc w zapomnienie.
Po serii lodowych przygód około czwartej godziny powróciliśmy do
cywilizacji. Po następnej godzinie byliśmy już na dworcu, gdzie zaczęło
wielkie przeszukiwanie kilkunastu rozkładów. Na pierwszym z nich
ujrzeliśmy, że autobus do Krakowa będzie dopiero o 6:30, oj niedobrze!
Dwa słupki dalej było już trochę lepiej, tam widniała godzina 5:53, w
końcu znaleźliśmy najkorzystniejszą dla nas opcję tj. godzinę 5:30. Po
zaprzestaniu marszu zrobiło nam się zimno, niestety hala dworca w
godzinach nocnych była zamknięta. Podobnie jest też w Krakowie co w
zimowych warunkach jest wielce bezsensowne. Na pomoc przyszła więc
ciepła herbatka z termosu. Nieco po godzinie siódmej byliśmy już w
budzącym się do życia Krakowie.
Co do zdjęć, to przyznam się, że aparat wziąłem. Mogłem zrobić zdjęcie kościołowi w Kowańcu ale po prostu mi się nie chciało. Aby uniknąć podejrzeń, że całą tą relację zmyśliłem, jedynym zdjęciem będzie skan powrotnego biletu z zaznaczoną datą i godziną. A tak na przyszłość, to nie chodźcie zimą w nocy po górach!
Co do zdjęć, to przyznam się, że aparat wziąłem. Mogłem zrobić zdjęcie kościołowi w Kowańcu ale po prostu mi się nie chciało. Aby uniknąć podejrzeń, że całą tą relację zmyśliłem, jedynym zdjęciem będzie skan powrotnego biletu z zaznaczoną datą i godziną. A tak na przyszłość, to nie chodźcie zimą w nocy po górach!
Wiem że dawno temu chcieliście zdobyć Turbacz nocą - ale może należy się też i zachwalająca opinia wyjścia nocą na Turbacz. Nigdy nie byłem na żadnym szczycie Tatr (za dnia) i nie mam żadnej kondycji jednak już 2 razy byłem na Turbaczu nocą ( poza tym żadna inna góra).
OdpowiedzUsuńDokładnie wczoraj w nocy byłem na Turbaczu - Polecam. Również rok temu w okolicy połowy sierpnia też byłem sam nocą na Turbaczu - i planuję za rok:)
Ale od początku.
Na studiach byłem u kolegi w Zakopanem - jego znajomi mieli wychodzić nocą na Giewont by świt słońca widzieć ze szczytu - czemu nie, wyszliśmy wyszliśmy z kolegą nimi ( 4 osoby, 1 latarka :)) Super. Następnie byłem tylko na Babiej górze i jakieś dolinki. Praca, auto, papierosy, brak ruchu i tak 10 lat. W tamtym roku zawoziłem szwagra na weselę blisko Turbacza - a czemu by nie wyjść na Turbacz?:) Plan Koninki - Turbacz - Obidowiec - Koninki.
Ruszyłem ok 19 z Koninek ( pozdrawiam goprowca p. Kazimierza z recepcji z hotelu Ostoja za pożyczenie czołówki) i po 5 minutach podejścia brak tchu, po 10 przepocony + prawie zawał, po cierpnące ręce i plamki przed oczami. Ale się nie poddałem:) Powoli, powoli 5 minut po zmierzchu byłem w schronisku na Turbaczu:) Tam życie na całego:)) 30 minut odpoczynku i dalej sam czerwonym szlakiem do Obidowca ( przemilczę że przez 40 minut z Turbacza szedłem w stronę Nowego Targu i musiałem tyleż wracać z powrotem - nocą) no ale dalej - na Obidowiec - po drodze minąłem ok 4 osoby chcące rozbić namiot na polanie blisko Obidowca, o godzinie 23:30 :)) Ja polecam: noc, ok 18 stopni, pełnia księżyca i 2 -3 razy oczy w lesie wpatrujące się w Ciebie :)- ale lisy boją się bardziej niż Ty ich:) wróciłem do Koninek schodząc wzdłóż wyciągu krzesełkowego - ale nie polecam - zbyt stromo i mokro.
Rok później, czyli wczoraj przeszedłem ponownie tą trasę Koninki - Turbacz - Obidowiec - Poręba - Koninki. Jak dla mnie polecam.
Ale podczas pełni księżyca:)