8 lipca 2012

Bieszczady (Tarnica)

Jeszcze 7 lipca o poranku - tuż przed Orlą Percią - gdyby ktoś powiedział, że następnego dnia zdobędę Tarnicę, to nigdy w życiu bym w to nie uwierzył. Jak widać, rzeczywistość potrafi być szalenie zaskakująca. Z wielką przyjemnością mogę zatem oznajmić spełnienie jednego z moich górskich marzeń. Nareszcie, po tylu latach odbyłem swój pierwszy spacer po Bieszczadach...

Miejsce: Bieszczadzki Park Narodowy 

Cel: Najwyższy szczyt polskich Bieszczadów

Trasa: Wołosate Siodło pod Tarnicą (1275 m) Tarnica (1346 m) Siodło pod Tarnicą Wołosate

Czas przejścia: 3 h
 
Pogoda: upalnie wakacyjna

Widoczność: dobra

Budząc się o poranku, byłem w totalnym proszku - od nóg zaczynając, a na ekwipunku kończąc. Nie ujrzałem obok siebie żadnej masażystki, toteż pierwsza dolegliwość pozostała niezaleczona. Pakując swój plecak, nie bardzo co miałem do niego włożyć. Przed nami rozciągała się jednak długa podróż, toteż przydrożne, podkarpackie sklepy już mogły czyhać na klientów z Krakowa. Tym nie mniej dziwnie się czułem wychodząc z domu ogołocony z podstawowych produktów niezbędnych do przeżycia w górach.

Po kilkunastu minutach siedziałem już na fotelu pasażera. Początkowo, myślałem, iż prześpię jeszcze kilka godzin, tymczasem rozmowa rozkwitła w najlepsze do tego stopnia, że sen nagle przestał być mi niezbędny. Przez kilka godzin poruszyć można wiele tematów: podróże, szkoła, zabawne wspomnienia, kobiety. W tych nastrojach opuściliśmy Małopolskę zaś po przejechaniu okolic Rymanowa wkroczyłem w zupełnie nieznany teren.

Muszę przyznać, że im dalej w Bieszczady tym bardziej mi się podobało. Między Ustrzykami Dolnymi a Górnymi, droga prowadziła pośród malowniczych, głęboko wciętych dolin. Nikłe natężenie ruchu sprawiło, że pomyślałem o tej okolicy jako fantastycznej na rowerowe wędrówki. Ten plan koniecznie muszę kiedyś zrealizować. Ponadto, krajobrazom dopełniały zabytkowe kościoły i cerkwie, które napotkać można niemal w każdej wsi.

Z Ustrzyk Górnych do Wołosatego pozostaje ok. 6 km drogi asfaltowej, którą każdego wakacyjnego dnia pokonują dziesiątki albo i setki ludzi. Co więcej, widok pędzącego samochodu jest tam rzadkim widokiem, toteż nic dziwnego, że od razu zatrzymała nas dwójka turystów, których podwieźliśmy do miejsca, gdzie swój początek bierze Główny Szlak Beskidzki.

1) Wołosate (parking), 2) bieszczadzkie "suweniry"
Zatrzymaliśmy się na parkingu w Wołosatem. W oczy rzuciły się rejestracje samochodowe wskazujące, iż na szlaku spotkamy ludzi z całej Polski. Kolejne odczucie nastąpiło tuż po wyjściu z pojazdu. Z nieba lał się żar. Bez zimnej wody ani rusz - bez kremu z filtrem też. Choć (tradycyjnie) tego drugiego wciąż sobie nie zakupiłem, to miałem nadzieję, że tym razem parafraza znanego przeboju w wykonaniu Kabaretu pod Wyrwigroszem pt. "Jesteś spalona" nie będzie tak w pełni mnie odzwierciedlać tak jak działo się to przed kilkunastoma dniami.

Znajdowałem się właśnie w najdalej na południe zamieszkanej miejscowości w Polsce. Osada ta wymieniana była już w połowie XVI w. choć jej historia pełna jest burzliwości i ciężkich momentów. W 1711 r. napadły tu wojska szwedzkie, a w 1849 r. huzarzy węgierscy, uprowadzając bydło i ludzi. Ponadto częściej bądź rzadziej, miejscową ludność nękali zbójnicy. Czasy wojenne to z kolei charakterystyczne dla tego regionu przesiedlenia. Dziś oprócz kilkudziesięciu mieszkańców, symbolem Wołosatego jest Zachowawcza Hodowla Konia Huculskiego. Zwierzęta wyhodowano krzyżując konia mongolskiego i tarpana, uszlachetniając domieszką krwi arabskiej i tureckiej. Niegdyś służyły głównie do prac gospodarczych, a obecnie są przyciągającą atrakcją turystyczną. W związku z tym popularne stały się lekcje jazdy konnej, zarówno w stadninie jak i na znakowanych szlakach.

Przechodząc zaś do celu naszej wyprawy, Wołosate jest obok Ustrzyk Górnych, podstawową bazą wypadową na Tarnicę. Prowadzi nań szlak niebieski, dzięki któremu po zaledwie 100 minutach podchodzenia, można znaleźć się na najwyższym szczycie Bieszczadów. Aby zapoczątkować marsz, wykupiliśmy o takiego opalonego pana z długimi włosami i brodą oraz w szeroko rozpiętej koszuli bilety wstępu. Co ciekawe, wejściówki są tutaj aż o 70% droższe niż w Tatrach. Za ulgowy zapłaciłem 3,40 zł zaś normalny to wydatek dwukrotnie wyższy.

Załatwienie tych formalności skutkowało wkroczeniem na szeroką łąkę, z której rozpościerały się fantastyczne widoki na masyw Szerokiego Wierchu oraz Tarnicę. W końcu ujrzałem, gdzie moje stopy dziś postaną. 

1-3) widok z Wołosatego na masyw Szerokiego Wierchu
Piękne, prawda? Przechadzka taką łączką to przyjemność nad przyjemnościami. Z drugiej strony Słońce dawało mocno o sobie znać, toteż wkroczenie w sferę lasu przyjąłem z ulgą. Na szlaku napotkałem liczne barierki (przy bardziej stromych momentach podejścia) oraz kilka tablic, gdzie każdy znajdzie morze informacji o faunie, florze czy też historii terenu.

Mniej więcej w połowie wspinaczki, uraczyła mnie wiata z licznymi ławeczkami wewnątrz. Gdy odpoczywałem w jej otoczeniu, uwagę zwracały liczne napisy pozostawione przez turystów. Zagłębiając się bardziej, przeczytałem kilka wyrytych w drewnie deklaracji o nieśmiertelnej miłości, sporo akcentów kibicowskich oraz po prostu daty, miejscowości i konkretne osoby bądź ich ksywki. Wiata była naznaczona do tego stopnia, że zaledwie malutkie fragmenty były wolne od napisów.

Pod okryciem flory spędziłem około godziny czasu. Po jej opuszczeniu, nagle okazało się, że Tarnica jest tuż tuż. Wysokość jaką nabraliśmy, sprawiła, że widoki otworzyły się w niemal każdym kierunku. Nie ma co, pogoda nam się tego dnia wydarzyła!

1-7) widoki po wkroczeniu w obszar połonin na niebieskim szlaku z Wołosatego na Siodło pod Tarnicą
Gdy wkraczaliśmy w sferę połonin, świeże, górskie powietrze zamieniło się w charakterystyczny i delikatnie mówiąc niezbyt przyjemny zapaszek. Nie trzeba być jednak detektywem, żeby odkryć, iż turyści widząc połoniny, korzystają z ostatniej okazji na przysłowiowy skok w bok żeby potem fizjologia ich nie męczyła. To miejsce lepiej jak najszybciej przejść, bo nikt nie przyjeżdża tutaj aby "delektować się" zapachami bieszczadzkiego szaletu.

1) szlak na Siodło pod Tarnicą, 2) masyw Szerokiego Wierchu
Rogacz na Siodle pod Tarnicą
Do przełęczy pozostawał rzut beretem, jednak tylko w opinii mych oczu. Nogi kategorycznie odmawiały posłuszeństwa często sprowadzając mnie do parteru. Od początku trasy czułem każdy krok i każde włókno mięśniowe. Jeszcze w lesie, musiałem wspomagać się barierkami niczym staruszek. Skutecznie spowalniałem tempo marszu przez co miałem wrażenie, że zdobycie Tarnicy będzie w moim wykonaniu większym heroizmem niż wczorajsze przejście Orlej Perci. 

Wielkim trudem ale jednak udało się osiągnąć przełęcz (Siodło), z którego na najwyższy wierzchołek polskich Bieszczadów jest zaledwie kilkanaście minut. Co ciekawe, sama nazwa Tarnicy jest pochodzenia rumuńskiego i oznacza właśnie siodło. Pierwotnie odnosiła się do Przełęczy pod Tarnicą, która oglądana z Wołosatego istotnie przypomina sylwetką siodełko. Miejscowa legenda mówi, że wójt Wołosatego ofiarował królowi Stefanowi Batoremu w wojennej potrzebie woły ze wszystkich okolicznych połonin. W rewanżu król nadał gromadzie Wołosate na własność połoniny wokół Tarnicy i Szerokiego Wierchu.

Jak to w takim miejscach bywa - ludzi nie brakowało. Wakacyjna i co więcej słoneczna sobota wymusiła spory ruch na szlakach. Dla poniższych widoków było jednak warto, oj warto!

1-7) pejzaże z Siodła pod Tarnicą
Finałowe podejście choć krótkie to w moim stanie okazało się niezwykle męczące. Myślałem sobie, że dość, że nie wejdę. Ból i skwar zniechęcały do tego skutecznie. Wtem, patrzę na zegarek w komórce i widzę godzinę 13:43. Nagle, dzięki sile woli stał się cud, zacząłem radośnie skakać z kamienia na kamień, a w przez chwilę nawet podbiegać. Dlaczego? Może to głupie ale dzięki temu zdobyłem Tarnicę mają 1346 m wysokości dokładnie o godzinie 13:46. Przed laty w podobnych okolicznościach zdobyłem Turbacz. Przy Rysach wykonanie tego planu mogłoby powodować "drobne" komplikacje.

Nie jest to jednak ważne, nie wierzyłem w to, że udało się zdobyć najwyższy szczyt polskich Bieszczadów. Ta wyprawa zrodziła się w bólach i w uprzednim, kompletnym zaskoczeniu, toteż radość była tym większa. Wokół znajdowały się dziesiątki szczytów, z których rozpoznawałem zaledwie kilka. Ogólnie rzecz biorąc z Tarnicy rozciąga się piękna panorama obejmująca wszystkie kierunki świata. Na północnym zachodzie widać wszystkie pasma połoninne polskich Bieszczadów. Na południowym wschodzie góry Ukrainy: Połonina Równa i Ostra Hora, na lewo od nich najwyższy szczyt całych Bieszczdaów - Pikuj (1409 m), a na horyzoncie przy dobrej widoczności rysują się nawet Gorgany. Szczyt Tarnicy jest zatem najbardziej atrakcyjnym punktem widokowym w Bieszczadzach. Muszę przyznać, że mieszance, która tworzy fantastyczną wyprawę górską brakowało jedynie dobrej widoczności, bo ta ograniczała się zaledwie do kilkunastu kilometrów. Mimo wszystko, jak na pierwszy raz w Bieszczadach było lepiej niż dobrze. Stanąłem zatem przy barierce podziwiając krajobrazy, a w myślach stwierdziłem - jak tu pięknie...

1-16) panorama 360° rozciągająca się z Tarnicy, 17) wierzchołek Tarnicy
Wierzchołek jest wąski, wydłużony, wyścielony złomiskami skalnymi, bruzdami oraz pozostałościami wojennych okopów. Szczyt wieńczy wielki stalowy krzyż ustawiony 
"dla upamiętnienia wielkiego jubileuszu roku 2000 oraz pontyfikatu papieża Polaka (...) a zwłaszcza Jego pielgrzymek do ojczyzny i wcześniejszych wędrówek po umiłowanej bieszczadzkiej ziemi" - głosi pamiątkowa tablica.
Warto bowiem wspomnieć, że zwykły jeszcze wówczas ksiądz Karol Wojtyła był na Tarnicy 5 VIII 1953 r. podczas jednej ze swoich słynnych wędrówek turystycznych. 


Jako ciekawostkę, można przytoczyć fakt, iż powyższa konstrukcja, nie była pierwszą tego typu w tym w miejscu.
W 1980 roku przemyscy klerycy w celu „uświęcenia” Bieszczadów postawili na Tarnicy mały drewniany krzyż. Jako, że warunki pogodowe zimą na tym terenie są bardzo surowe, już rok później postanowili zamienić drewniany krzyż na stalowy. Trzeba dodać, że było to przedsięwzięcie nielegalne, z racji czego klerycy wyruszyli z Ustrzyk Górnych wieczorem, a już o świcie krzyż był usadowiony na Tarnicy.
W 1987 roku Jan Paweł II przyjeżdża do Polski z trzecią pielgrzymką. Z tej okazji młodzież związana ze środowiskiem katolickim i turystycznym Jarosławia, Leżajska i Rzeszowa stawia kolejny krzyż na Tarnicy. Ma to miejsce 7 czerwca czyli na dzień przed wizytą papieża w Polsce. Poprzedni krzyż postanowiono przenieść na pobliski Halicz (1333 m). Przy okazji pod nowym obiektem wmurowano tablicę upamiętniającą pobyt księdza Karola Wojtyły na Tarnicy w 1953 roku.

Tablica ta została odnowiona "w roku V pielgrzymki", toteż próbę czasu znosi całkiem dobrze. Warto zwrócić uwagę na słowa Psalmu 121:
„Wznoszę swe oczy ku górom, skądże nadejdzie mi pomoc”
Myślę, że każdy dokona tutaj refleksji właściwej dla siebie. Ze swojego punktu widzenia mogę stwierdzić, że góry potrafią być lekiem na zło, a jeśli nie lekiem, to na pewno chwilową odskocznią od wszelkich problemów. Gdy zaś na Tarnicy wznosiłem swe oczy ku górom, ból nóg ustąpił. Pewnie dlatego, że nie stawiałem wtedy żadnych kroków ale co tam - czasem warto sobie co nieco dopowiedzieć.

Z innych obserwacji, warto podkreślić, że na zewnątrz, w obrębie kilku metrów od ogrodzenia zauważyłem kilka prowizorycznych, krzyży. Zapewne ustawili je liczni pielgrzymi, którzy traktują wejście na Tarnicę jako drogę krzyżową.


Jak widać, nie potrzebowałem wielu chwil aby zauroczyć się Bieszczadami. Teraz rozumiem już w pełni wszystkich, którzy twierdzą, że są to ich ulubione góry. Na swój sposób też wyjątkowe, bowiem tylko tu odnajdziemy słynne połoniny. Ten dywan matki natury zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przechadzałem się wzdłuż płotka i co chwilę przystawałem. Nie mogłem oderwać wzroku od łagodnych pagórków. Na moich oczach ziściło się prawdziwe marzenie...


Jak to w życiu bywa, cudowne chwile nie trwają wiecznie. Szczytowanie dobiegło końca. Nastąpił moment zejścia, które odbyło się po tej samej trasie jak wejście. Jeszcze tylko kilka rzutów oka na bajeczne połoniny, kilka ostatnich zachwytów, a po zaledwie godzinie z groszami byliśmy już z powrotem w Wołosatem.


rozkład na przystanku w Wołosatem (ważny do 29 VI 2013 r.)
(po kliknięciu obrazek ulegnie powiększeniu)


Na parkingu szybko odnaleźli nas kolejni autostopowicze zaś w trakcie jazdy ku Ustrzykom Górnym, zatrzymać nas chcieli kolejni. Niestety, jedyne co mogliśmy zrobić to pojechać dalej. Warto podkreślić, że istnieje bezpośrednie połączenie autobusowe z Krakowa do Wołosatego. Kursy codziennie w lipcu i sierpniu. Z ciekawości zajrzałem na tamtejszy rozkład i okazało się, że poza wakacjami dojechanie w ten zakątek graniczy z cudem.

Przed nami widniało widmo kilku godzin jazdy, jednak poznawanie Bieszczadów nie zostało zakończenie. Jechaliśmy ponownie ślicznymi dolinami w otoczeniu m. in. Połoniny Wetlińskiej. Charakterystycznym jej elementem jest słynna Chatka Puchatka, która z perspektywy doliny wydawała się maleńka. Można rzec, że bieszczadzkie połoniny są taki wyspami w morzu lasów. 

Kolejną atrakcją był przejazd wzdłuż jeziora Solińskiego. Nigdy wcześniej tam nie byłem, toteż muszę zaliczyć tamtą chwilę do wyjątkowych. Następnie obiad w przydrożnej knajpce, a dodatkowo, po minięciu Jasła zajechaliśmy do skansenu Karpacka Troja, jednakże obiekt był już zamknięty. Z zewnątrz nie wyglądał jednak tak apetycznie jak inne, podobnego typu muzea. No cóż, może innym razem. Teraz już "tylko" dłuuuga droga do Krakowa, do którego powróciłem totalnie wykończony.

W ten oto sposób dobiegł końca szalony weekend, który minął mi szybko jak nigdy. W sobotę Orla Perć, a w niedzielę Bieszczady. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że połączę to w ciągu jednego weekendu. Obie wyprawy przyniosły jednak to co najważniejsze - kolejną porcję wrażeń i radości oraz to co najpiękniejsze - porcję wspomnień na całe życie.

6 komentarzy:

  1. Cudne zdjęcia, w Bieszczadach kiedyś byłam, a w 2013 chyba zrobię sobie dłuższą wycieczkę i na chwilę porzucę opolszczyznę...widoki, jak w baśni...GRATULUJĘ!
    EWA

    OdpowiedzUsuń
  2. Przywolales wspomnienia. Bieszczady poznalam na wylot, na ukochane Rawki z i dzikie Bukowe Berdo zawsze bede wracac. Warto podkreslic, ze pogoda w Bieszczadach potrafi zaskoczyc bardziej niz w Tatrach.. Bywalo,ze wczesna jesienia trzeba bylo ubierac puchowke, mgla i wiatr potrafia byc bardziej dokuczliwe niz na grani tatrzanskich szczytow.. To tak ku przestrodze, bo jak jest tak jak podczas Twojej wedrowki to sama przyjemnosc i ten szum polonin ;) pozdr Asia

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję sił na taką wyprawę. Aż zazdroszczę takiej przygody. Polecam wynająć domek i posiedzieć kilka dni nad Jeziorem Solińskim. Warto tez zapoznać się z historią tego miejsca – dodatkowo poczuje się lepszy klimat :) LEGENDA

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja również po raz pierwszy byłem w Bieszczadach w upalne lato, z tym że 3 lata później. Połoniny potrafią zaczarować, a wejście na Tarnicę (wchodziłem od Ustrzyk Górnych) jest jednym z najładniejszych jakie miałem okazję zobaczyć w tym roku. Schodziłem wraz z rodziną właśnie do Wołosatego. Zmęczeni marszem w upale wróciliśmy na wozie, a właściwie takim bieszczadzkim środkiem transportu (melex z przewiewną budą).

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawy wpis i super zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  6. a jakbyście szukali dobrego jedzonka http://www.naszebieszczady.com/co-jesc-w-bieszczadach/

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do komentowania =)