14 lipca 2012

Gorce (Lubań)

Miejsce: wschodnia część Gorców (pasmo Lubania)

Cel: Odkrycie nowego fragmentu Głównego Szlaku Beskidzkiego

Trasa: Przełęcz Knurowska  Studzionki  Kotelnica (946 m)  Runek (1005 m)  Lubań (1211, 1225 m)  Marszałek (828 m)  Krościenko nad Dunajcem

Dystans: 23 km

Pogoda: wspaniała

Widoczność: bardzo dobra

Kolejna wakacyjna sobota została tradycyjnie uczczona wypadem w góry. Tym razem na celowniku widniały Gorce, w których ostatni raz byłem kilkanaście miesięcy temu. Co najważniejsze, nigdy nie odwiedziłem pasma Lubania, a więc miałem przed sobą ponad 20 km nieznanych ścieżek. Nieodparta ciekawość sprawiła, iż z niecierpliwością czekałem na sobotni poranek, który przywitał nas piękną, wakacyjną pogodą. Już wtedy wiedziałem, że czeka mnie wspaniała wycieczka.

Sporym wyczynem stał się sam wjazd autokaru na Przełęcz Knurowską, która oddziela pasmo Turbacza od pasma Lubania. Droga wiodła stromo pod górę, wijąc się licznymi serpentynami. Minięcie się z pojazdami nadjeżdżającymi z przeciwka również sprawiało lekkie trudności. Na całe szczęście, szosa została wyremontowana kilka lat temu o czym informuje tablica umieszczona w miejscu, inaugurującym naszą wędrówkę.

Wyruszamy. Większość osób poszła na wprost łąką, podczas gdy ja wypatrzyłem znaki, przy ścieżce niknącej w lesie. Uznałem, że jeśli poruszamy się już Głównym Szlakiem Beskidzkim to schodzić z niego nie wypada. W efekcie musiałem gonić trzon grupy, jednakże nie zajęło mi to długo, ponieważ przy szlaku, mocno obrodziły krzaki borówek, przy których niemal wszyscy się zatrzymywali. Przy stromym podejściu, co jakiś czas pojawiały się fenomenalne widoki w kierunku południowym.

1-6) widoki zarejestrowane na Gł. Szl. Beskidzkim między Przeł. Knurowską a Studzionkami, 4) Jez. Czorsztyńskie
Po trzech kwadransach drogi wiodącej grzbietem pasma nagle zza lasu wyłoniło się pole uprawne. Okazało się, że dotarliśmy do Studzionek - jednego z najwyżej położonych zamieszkałych całorocznie miejsc w polskich Beskidach. Na początku omówiliśmy sobie urzekającą panoramę obejmującą całe Tatry Wysokie. Tylko kilka szczytów zakrytych było delikatnymi chmurkami. 

1-2) Studzionki, 3-5) Łańcuch Tatr widziany ze Studzionek
Nazwa przysiółka pochodzi od gwarowego słowa oznaczającego źródło. Mimo znacznej wysokości (ok. 900 m), nadal uprawia się tu ziemniaki czy tradycyjny owiesek. Ponadto, warto wstąpić do tutejszego skansenu, na który składa się kaplica i izba etnograficzna. Turystów wita tablica o treści:
Skansen został założony przez Zofię i Zygmunta Stypów w latach 60-tych XX w. Dom został zbudowany w 1969 r. z dwóch XIX-wiecznych chałup. Jest on utrzymany w stylu lokalnej architektur lat 20-tych XX w. Wnętrze posiada typowe wyposażenie góralskiej chałupy, w tym przedmioty codziennego użytku, pochodzące głównie z terenu Ochotnicy. Budowę góralskiej kaplicy rozpoczęto w 1999 r. Została ona zbudowana z drewna pochodzącego z domu z Dębna z 1926 r. Dzięki ofiarności i wsparciu mieszkańców Studzionek, rodziny i znajomych, budowę zakończono w 2009 r. W 2008 r. została przeniesiona z Ochotnicy G. kuźnia z połowy XIX w. Kuźnia zachowała niemal kompletne oryginalne wyposażenie oraz narzędzia kołodziejskie. Skansen można zwiedzać podczas pobytu właścicieli na Studzionkach.
Właścicielka opowiadała nam o obiektach, a my buszowaliśmy po jego zakamarkach. Trzeba przyznać, że praca gospodarzy przyniosła efekty, bowiem kaplica jest ładnie urządzona. Widząc ją z zewnątrz mało kto by pomyślał, że została oddana do użytku ledwie kilkanaście lat temu.

1) góralska kaplica, 2-6) wnętrze kaplicy, 7) góralska chałupa, 8) Tatry widoczne z terenu skansenu 
Słonko mocno grzało. Po solidnej dawce zwiedzania, czas nastał aby powrócić na czerwony szlak. Przemierzał on wprost przez Studzionki, do których dociera asfaltowa droga. Tatry cały czas wyłożone mieliśmy jak na dłoni. Przed zwiedzaniem, masyw Łomnicy skryty był w chmurach, a teraz w pełni się odsłonił. Takie pogodowe rewolucje mogliśmy oglądać z ciekawością i jednocześnie spokojem, bowiem pionowo nad naszymi głowami niebo było czyściusieńkie. Jedyny wierzchołek, który wciąż nie chciał się wyłonić okazał się być najwyższym szczytem Tatr. Pozostawało mieć nadzieję, że w późniejszej fazie dnia i Gerlacha uda się dostrzec.

1-4) panorama Tatr ze Studzionek, 6-8) Studzionki, 9) w tle, w dolinie widoczne zabudowania Ochotnicy Górnej
Minięcie Studzionek oznaczało ponowne kroczenie grzbietową drogą pośród świerkowego lasu. Idąc w takich klimatach przez wiele kilometrów, człowiek może doznać poczucia monotonii. Z wielką radością przyjąłem więc kolejny punkt widokowy, który zlokalizowany był na Kotelnicy. Jej nazwa jest śladem obecności wołoskich pasterzy, bowiem w ich języku kotelnica to właśnie miejsce kocenia się owiec.

1) punkt wysokościowy na wierzchołku Kotelnicy, 2) panorama Tatr z Kotelnicy
Zachowując dokładną chronologię, musiałbym poświęcić ten akapit na kolejne opowieści o beskidzkiej ścieżce wśród lasu. Przeskoczmy jednak o godzinę do przodu, bowiem mijając zalesiony Runek, nareszcie doszliśmy do fragmentu pełnego widokowych panoram. W ten o to sposób na północy ujrzeliśmy kolejne pasma Gorców wraz z Beskidem Wyspowym, zaś na południu zbiornik czorsztyński. Gdy wytężyłem wzrok dojrzałem nawet zamki w Czorsztynie i Niedzicy. Nad Tatrami zaś swój taniec kontynuowały obłoki. W takich okolicznościach, mógłbym spożywać każdy posiłek.


Warto wspomnieć, że ten ciąg widokowych polan z każdym rokiem zarasta. Nie prowadzi się tu wypasu owiec ani innych elementów gospodarki leśnej. Co polana, to podziwiałem kolejne panoramy aż nie wiem, które ich ujęcie jest najpiękniejsze. W każdym jest coś magicznego. Zagłębiając się więc w postrzępione granie tatrzańskie, zauważyłem, iż nareszcie odsłonił się Gerlach. 


Kolejne kilometry mijały a Lubania wciąż nawet nie powąchałem. Aż nagle w pobliżu Polany Morgi do czerwonego szlaku dołączył zielony, a drogowskazy obwieściły, że do szczytu pozostało już tylko 45 minut. Wiedząc jak niewiele pozostało do celu, poczułem ulgę i pozostawiłem w niepamięci monotonną, gorczańską ścieżkę. Droga także uległa zmianie. Zamiast łagodnych, niekiedy wręcz usypiających pagórków zacząłem piąć się stromiej pod górę kamienistym traktem.


Po pokonaniu 200-metrowego przewyższenia na zaledwie półkilometrowym odcinku z satysfakcją stanąłem na niższym wierzchołku Lubania mającym 1211 m. Ujrzałem pejzaż kompletny. Na górze mieszaninę różnych rodzajów chmur, na ostatnim planie postrzępione granie tatrzańskie zaś bliżej malownicze wzniesienia Pienin i Magury Spiskiej. Ponadto w dole wielka plama będąca Jeziorem Czorsztyńskim. Ten obraz niczym ze snu uzupełniały charakterystyczne fioletowe roślinki będące wierzbówką kiprzycą. Warto zapamiętać tę nazwę, bowiem latem w Beskidach często można ją napotkać.

1-2 i 4-7) panorama Tatr z Lubania, 3) Jezioro Czorsztyńskie
Poklepałem słupek, a następnie usiadłem na wydeptanej trawie i zacząłem podziwiać. Patrzyłem tak i podziwiałem aż zleciało tyle czasu, że nagle grupa zaczęła schodzić w dół. Tymczasem ja nawet niczego nie przegryzłem. 

Na wierzchołku usytuowany jest murowany postument a na nim charakterystyczny Krzyż Papieski, który umieszczono tutaj w 2004 roku na pamiątkę gorczańskich wędrówek ks. Karola Wojtyły. Ponadto umieszczono dwie tablice, na jednej z nich przeczytałem:
"Gorce bardzo kochałem, a na Lubaniu wiele razy byłem"
Jan Paweł II 
1) Krzyż Papieski na Lubaniu, 2) jedna z tablic pamiątkowych
Lubań - miejsce przeklęte i magiczne. Legendy głoszą, iż 25 lipca (w dniu św. Jakuba), wydobywają się tutaj spod ziemi dzwonki owiec i wołanie juhasów. Przepadli oni w ciemnościach po wypowiedzeniu przez bacę straszliwego bluźnierstwa. Od tego czasu nic się tutaj nie darzy. Schroniska spłonęły, do wody daleko, a Lubaniowi zagrażają obecnie inwestycje narciarskie. Nieopodal znajdują się bowiem pozostałości podmurówki spalonego przez Niemców w 1944 r. schroniska Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarzy. Od 2004 r. na pozostałościach obiektu, umieszczono tablicę pamiątkową. Dojście do ruin odbyło się pośród licznie rosnącej wierzbówki kiprzycy.

1-3) wierzbówka kiprzyca, 4) ruiny schroniska
Między widokowym, zachodnim (1211 m), a zalesionym, wschodnim (1225 m) szczytem Lubania, wypiętrzonego pomiędzy doliny Dunajca, Ochotnicy i Krośnicy, znajduje się polana, na której w wakacje czynna jest studencka baza namiotowa SKPG Kraków. Do dyspozycji czeka kilkadziesiąt miejsc w namiotach. Co ciekawe, każdy z nich ma swoją własną, oryginalną nazwę. W ten oto sposób możemy przespać się m. in. w Świerszczyku, Żwirku, Milky Way, Szamanie, Misiu Pysiu czy Muchomorku. Ponadto można zakupić ciepły napój oraz posiłek. Dwójka bazowych, miała sporo roboty aby obsłużyć naszą liczną grupę. Poradzili sobie jednak na medal.

1-3) Studencka baza namiotowa na Lubaniu, 4-6) nazwy wybranych namiotów, 7-8) udogodnienia bazowe, 9) kuchnia
Na rozlokowanych obok ławeczkach każdy mógł usiąść i odpocząć. Lubań stanowił od dawna cel turystycznych wędrówek. Od ok. 1860 r. wyjeżdżali nań goście ze Szczawnicy na góralskich furkach. Miłośnicy pięknych widoków wdrapywali się tutaj dla wspaniałych wschodów słońca. Jest to zatem szczyt, który przyciąga o czym przekonałem się na własnej skórze. Nawet miłośnicy meteorologii czy też nowych wynalazków znajdą tutaj coś dla siebie. Urządzenie, o którym mowa ma jednak kilka wad... Wyjaśnienie tej zagadki poniżej.


Na zejście do Krościenka należy poświęcić około 2,5 h. Na naszych klubowych wycieczkach zawsze coś musi się dziać, toteż nie był to jednak odcinek pozbawiony interesujących momentów. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od bazy namiotowej, natrafiłem na krzyż oznaczający miejsce śmierci dwóch partyzantów zastrzelonych w okresie, kiedy Niemcy spalili schronisko. Kilka minut później minąłem wschodni, wyższy z dwóch wierzchołków Lubania. Widoków na nim nie uświadczyłem, bowiem Szczyt jest zalesiony. Po kolejnej chwili, o mało co nie doszłoby do zabłądzenia przez sporą część grupy. Główna arteria kierowała prosto, a szlak czerwony skręcał ostro w prawo. W efekcie turyści zeszliby za zielonymi znakami do Tylmanowej. Głośne krzyki i wołania sprowadziły jednak wszystkich na dobrą drogę. W dalszych fazach zejścia również nastąpiło nagłe, słabo widoczne odbicie szlaku na bok. Stanąłem zatem na rozdrożu i wskazywałem właściwą ścieżkę.

Widoki powracały wraz z każdą polaną. Naturalnie, przez cały czas towarzyszyły nam Tatry ale za to zupełną nowością były Pieniny Właściwe wraz z Trzema Koronami. Wraz z upływem dnia, zachmurzenie wzrastało, jednak żadna kropla deszczu na głowę mi nie spadła. Pogoda wraz z widocznością były takie jakich oczekiwałby każdy piechur. 

1) Krzyż Partyzanta tuż pod szczytem Lubania, 2-5) widoki podczas zejścia z Lubania do Krościenka
Widok Trzech Koron nie był ostatnią niespodzianką tego dnia. W trakcie pokonywania kolejnej polany, nagle ujrzałem przed sobą całe pasmo Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. Oczywiście, punktem orientacyjnym stała się charakterystyczna wieża na Przehybie dzięki czemu z wielką przyjemnością rozszyfrowałem pozostałe szczyty.




Po minięciu Marszałka, krajobrazy leśne coraz silniej przekształcały się w te znane z terenów rolniczych. Gdzieś na ostatnim planie dojrzałem najwyższy szczyt Pienin - szpiczastą Wysoką. Uwagę zwracała też szpecąca krajobraz linia energetyczna. Ponadto zapamiętałem jeszcze przydrożną kapliczkę z tabliczką, na której cytat głosił...:
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu iść za wrócone życie podziękować bogu
Adam Mickiewicz 
...a także sporo stogów siana. Długą wędrówkę zaczęły odczuwać moje nogi. Zamarzyłem aby jak najszybciej znaleźć się w Krościenku.


Gdy ujrzałem z góry Krościenko - ucieszyłem się. Wystarczyło już tylko zejść przez okoliczne przysiółki do autokaru. Mimo wszystko, po takim 20-kilometrowym marszu, twardy asfalt potrafi dać w kość.

Będąc już przy pojeździe odłożyłem plecak i udałem się w stronę centrum w poszukiwaniu ciekawych ujęć. Gdy znalazłem się na moście doznałem nie lada szoku. Otóż podeszły do mnie dwie dziewczyny z zapytaniem, gdzie znajduje się tutaj kościół. Po pierwsze, nie mogłem uwierzyć, że zagadnęły mnie dwie nieznajome kobiety, a po drugie nie wiedziałem co odpowiedzieć, bowiem staliśmy przecież obok kościoła. Z lekkim zmieszaniem i zdziwieniem wskazałem palcem na budowlę oraz pokazałem drugi, nowszy kościół - również doskonale widoczny. Między nami zaczęła tworzyć się rozmowa. Dowiedziałem się, że dziewczyny należą do Oazy i wraz z grupą przyjechały z Mazowsza do Krościenka na tydzień. Później rozmawialiśmy trochę o górach. Okazało się, że dziewczyny przed kilkoma dniami były na Lubaniu, a także planowały ujrzeć wschód Słońce z Sokolicy. Sam też opowiedziałem im co tu robię, aż nagle poprosiły abym poszedł z nimi pod most gdzie wesoło bawiła się ich oazowa grupa. Jeszcze kilka minut przed tym zdarzeniem, słyszałem dobiegające stamtąd dźwięki gitary. Odmówiłem, tłumacząc się odjazdem autokaru lada chwila. Dziewczyny nie poddały się jednak i rozmowa była kontynuowana. Wygadałem się, iż w 2 kl. SP przez okres kilku dni sam uczęszczałem do Oazy. Fakt, że robiłem to, ponieważ podobała mi się tam jedna dziewczyna został przyjęty z (u)śmiechem. Po chwili, poprosiły drugi raz. Wtedy już poszedłem z nimi, a po przekroczeniu mostu na Dunajcu, zeszliśmy nad jego brzeg. Kilkunastoosobowa grupa młodzieży wraz z księdzem stała w kółeczku i bawiła się w grę, której nigdy wcześniej nie znałem. Stanąłem więc razem z nimi i zacząłem wielką improwizację. Kilka osób biegało wewnątrz okręgu z chusteczkami w ręku. Piosenka leciała tak:
Mam chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi,
kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi.
Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję,
a chusteczkę haftowaną Tobie podaruję.
Wtem, jedna z chusteczek wylądowała pod moimi nogami, a ja musiałem przyklęknąć i przytulić się z osobą, która mnie wybrała. A wszyscy śpiewali:
Moja, moja, moja, moja, moja koleżanko
klęknij, klęknij, klęknij, klęknij, klęknij na kolanko
podeprzyj se, podeprzyj se, podeprzyj se boczki
złap się, złap się, złap się, złap się, złap się za warkoczki
Oooo... chusteczka rock'n'roll!
Po chwili... sam zacząłem bieg, a tekst piosenki zabrzmiał od początku. Po kilku rundach, serdecznie wszystkim podziękowałem za wspaniałą zabawę i wraz z dwiema poznanymi dziewczynami powróciłem do autokaru. Okazało się, że ich zadaniem było zwabienie pod most przypadkowej osoby. Los chciał, że trafiło na mnie aczkolwiek w życiu bym się nie spodziewał, że kiedyś zgarnie mnie Oaza. Nie mogłem też uwierzyć, że po przebyciu prawie 25 km będę tak ochoczo i z lekkością biegał sobie dookoła. Głupio za to czułem podczas przytulania, ponieważ po tak długiej trasie byłem po prostu spocony i słabo-zapachnisty. 

Z pewnością jednak, tę przygodę zapamiętam do końca życia. Do dziś pamiętam ten wesoły rytm piosenki, którą wtedy poznawałem. Choć mam już swoje lata na karku to przy jakiejś okazji chętnie powróciłbym do tej świetnej zabawy.

W ten oto sposób zakończyła się moja gorczańska przygoda. Borówki, widoki i chusteczka - tak w trzech słowach mógłbym ją podsumować. Innymi słowy mówiąc: kolejna porcja wrażeń oraz wspomnień, które zostaną w mym sercu do końca życia...

1) Krościenko nad Dunajcem, 2) wyremontowany most nad Dunajcem - miejsce gdzie zgarnęła mnie Oaza, 3) miejsce, gdzie biegałem z chusteczką niczym dziecko, 4) Dunajec

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Zapraszam do komentowania =)