1 sierpnia 2010

Rowerem ku Babiej Górze

Bez wątpienia najwspanialsza jak do tej pory wyprawa rowerowa...

Cel: Odkrywanie Małopolski na rowerze

Trasa: Kraków Oświecenia - Czyżyny Łagiewniki - /przejazd linią 253/ - Wola Radziszowska pętla - Zarzyce Małe Izdebnik Brody Dróżki Kalwaryjskie Zakrzów Stryszów Skawce - Tarnawa Dolna - Zembrzyce Sucha Beskidzka Stryszawa przeł. Przysłop Zawoja Centrum Zawoja Podryzowana

Długość trasy: 73 km

Skala trudności: 5/6

Najwyższy punkt na trasie: 740 m n.p.m.

Suma pokonanych przewyższeń: 934 m

Pomysł ujrzenia wschodu Słońca ze szczytu Babiej Góry zakołatał się w moich myślach już ponad rok temu. Problemem okazywała się realizacja tego ambitnego planu. Bo dojazd nocą, bo pieniądze, bo nocleg, bo brak pełnoletności. Jak stawić temu czoło? Po prostu nie dało się...

Wszystko zmieniło się podczas wyprawy na Kościelec, której to jednym z uczestników był mój znajomy z podstawówki. Otóż ma on domek usytuowany w Zawoi, a dodatkowo przy szlaku czarnym prowadzącym do schroniska na Markowych Szczawinach. Nie ma co ukrywać, że była to najlepsza miejscówka do zaatakowania Babiej nocą. Tomek - bo tak na imię znajomemu - zaproponował wtedy ewentualny nocleg.

Minął prawie miesiąc. Otrzymuję wiadomość od Tomka, iż w najbliższych dniach wyjeżdża do Zawoi. Innych planów na ten czas nie miałem toteż nocna wędrówka była już prawie pewna. Wszystko wydawało się takie proste. Przyjazd autobusem do Zawoi, nocleg, a po zdobyciu szczytu odsypianie i powrót do Krakowa. Jak dla mnie - zbyt proste.

W tej sytuacji idealnym urozmaiceniem okazał się rower. To był wspaniały pomysł. Po co mam płacić za PKS-a, skoro mogę dojechać do Zawoi rowerem przez najpiękniejsze zakątki Małopolski. Pozostało już tylko kompletowanie ekipy, która po wielu trudach wzbogaciła się o jedną osobę, którą okazał się Sebastian - poznany na Kościelcu.

Skorzystałem również ze świetnej okazji, dzięki której tata Tomka zawiózł mi bagaże prosto do Zawoi przez co na trasie wyprawy rowerowej mogłem czuć się w miarę lekko.

Istotnym elementem była również - co oczywiste - pogoda. Końcowe dni lipca upływały pod znakiem ciągłego obserwowania kilku największych serwisów pogodowych. Sprzeczności było mnóstwo, a wybór nie należał do łatwych. Z pewną dozą ryzyka wybraliśmy noc z niedzieli na poniedziałek.

Trasa była ustalona już od dłuższego czasu. Najciekawszą, choć nie najłatwiejszą drogą okazał się Szlak Bursztynowy, który prowadzi z Krakowa do Lipnicy Wielkiej m. in. przez Zawoję. Dla solidnego przygotowania warto było również sprawdzić tę ustaloną trasę, która na nas czekała. Zapowiadała się bardzo ciekawie i męcząco jednocześnie. W górę i w dół i tak ciągle aż do Zawoi.

Sebastian podrzucił mi linka do fantastycznej strony, na której można zaznaczać trasę na mapie googla, a po chwili automatycznie pojawia się profil trasy, który dla każdego rowerzysty jest bardzo przydatny. Moje zainteresowanie wzbudził szczególnie podjazd pod przełęcz Przysłop. Jeśli patrzeć na ogólny profil trasy to wynika z niego, że tam maksymalne nachylenie waha się między sześcioma a ośmioma procentami. Jest to jednak bardzo mylące, gdyż podjazd w profilu prawie stukilometrowej trasy jest bardzo wyogólniony i nie ukazuje szczegółów. Postanowiłem więc obczaić tę sprawę dokładniej. Wrzuciłem fragment trasy od Stryszawy do Przysłopu i okazało się, że nachylenie na ostatnich dwóch kilometrach wynosi ok. 10% z czego około czterystumetrowy odcinek miał aż 13-14%. Być może to mało ale na mnie zrobiło to spore wrażenie. Szykowała się niesamowita wyprawa i naprawdę duże wyzwanie.

Niedziela przywitała Krakowian pięknym Słońcem. Idealna pogoda na wyprawę rowerową. Czas więc ruszyć. Odcinek z os. Oświecenia do Łagiewnik przez bulwary odbył się bez historii. W końcu pokonywałem go już dziesiątki razy. W Łagiewnikach załadowałem rower do autobusu kursującego na linii 253. Po prawie godzinnej jeździe dojechałem do Woli Radziszowskiej, dzięki czemu zaoszczędziłem aż 28 km! Tam, po krótkim drugim śniadanku i dłuższej chwili oczekiwania spotkałem się z Sebastianem.

Ruszyliśmy dosyć spokojnym tempem. Na trasie czekało na nas kilka atrakcji i jeszcze więcej podjazdów. Pierwszy z nich nastał już na trzecim kilometrze kiedy to zbyt wcześnie skręciliśmy w lewo, wjeżdżając tym samym do Zarzyc Małych. Górka, którą wedle pierwotnego planu mieliśmy ominąć wymagała niemałej kondycji, jednak mimo to przejechałem ją bez większych trudności. Zapewne godzinny odpoczynek w autobusie zrobił swoje.

Nadłożenie paru kilometrów podjazdu okazało się jednak całkiem przyjemne w skutkach, gdyż potem czekał na nas fantastyczny zjazd w miarę szeroką, asfaltową drogą, na której można było rozwinąć skrzydła. Wycisnąłem z niego w kulminacyjnym punkcie 67,5 km/h i szybciej tego dnia już nie pojechałem. Ponadto nie był to prosty zjazd, gdyż droga prowadziła lekkimi łuczkami. Nawet tak drobne skręty rowerem przy prędkości ponad 50 km/h dostarczały wielu wrażeń.

Nagła zmiana trasy wymagała od nas przebycia większego odcinka tzw. drogą beskidzką, czyli krajową "52". Za Izdebnikiem szlak skręca w lewo w kierunku Lanckorony. My tę miejscowość ominęliśmy ze względu na to, iż prowadzi do niej wyczerpujący podjazd, a poza tym potem szlak i tak zjeżdża do Dróżek Kalwaryjskich.

Droga beskidzka raczyła nas kilkoma solidnymi podjazdami pośród pędzących aut. Na całe szczęście było trochę pobocza więc czułem się tam w miarę bezpiecznie. Po zjeździe w Brodach mogliśmy odetchnąć z ulgą - najniebezpieczniejszy odcinek trasy był już za nami. Od tej pary poruszaliśmy się tylko trasami o niskim natężeniu ruchu.

O Brody zahaczają Dróżki Kalwaryjskie i to właśnie tam warto się na chwilę zatrzymać aby móc podziwiać kościół Grobu Matki Bożej, który stoi na stoku kalwaryjskiej Góry Oliwnej. Zwany jest on "Grobkiem", ponieważ przypomina sarkofag, do którego dostawiono barokową arkadową kruchtę z oryginalną kopułą.


Na dróżki Kalwaryjskie składają się przede wszystkim Dróżki Pana Jezusa i Matki Bożej. Nasza trasa zahaczała o obie te drogi. Po obejrzeniu kościoła w Brodach pokonaliśmy most na Cedronie i przejechaliśmy przez Wschodnią Bramę Jerozolimską. Kolejnymi obiektami, które mogliśmy zobaczyć to m. in. Betsaida, a także Kaplicę Zgromadzenia Apostołów oraz Kaplicę Aniołów, które należą do Dróżek Matki Bożej. Naszą krótką przygodę z Dróżkami zakończyliśmy na Górze Syjon w sąsiedztwie Domu Kajfasza.

Mniej więcej kilometr za przejazdem kolejowym czekał na nas kolejny ostry podjazd. Na znaku drogowym widniała tabliczka z napisem 10%. No cóż, nie mogliśmy się poddać w połowie trasy więc zaatakowaliśmy górę. Nie było tak źle. Podjazd był w miarę zalesiony, dzięki czemu gorąc docierał do nas w mniejszym stopniu. Na przełęczy czekał na nas punkt widokowy. Tego dnia widoczność była po prostu słaba. Widziałem tylko dolinę, w której usytuowany jest Stryszów, a tuż za nim masyw Góry Chełm, który był naszym kolejnym wyzwaniem. Przy szybkich łykach wody mogłem się przygotować psychicznie na ten etap podróży.

Zanim jednak owy nastąpił, mogliśmy się cieszyć długim zjazdem. Pech chciał, że przed nami jechało bardzo powolnie kilka samochodów, których nie mogliśmy wyminąć. Po zjechaniu zrobiło mi się trochę żal tego zjazdu i jego niewykorzystanych możliwości.

W Stryszowie zatrzymaliśmy się w przydrożnej piekarni, która skusiła nas zapachem. Przede wszystkim ulga nastąpiła tuż po wejściu, gdyż pomieszczenie było klimatyzowane. Wypieki tej piekarni również muszę pochwalić. Mini pizza bardzo mi wtedy smakowała.

Na głównym skrzyżowaniu odbiliśmy w prawo i po pokonaniu bardzo stromego, aczkolwiek krótkiego podjazdu dojechaliśmy do słynnego XVII-wiecznego dworu. Jest to doskonały przykład dawnego budownictwa rezydencjalnego. Obecnie mieści się tam muzeum, oddział Zamku Królewskiego, w którym prezentowana jest stała ekspozycja "Wnętrza dworu polskiego w wieku XIX". Warto tam zajrzeć. 

 dwór w Stryszowie

Po dłuższej przerwie ruszyliśmy dalej. Podjazd obok góry Chełm był nieco męczący ze względu na silnie oddziałujące Słońce. Ku naszej uldze, podjazd kończył się w otoczeniu drzew. Szybko nastąpił kolejny cudowny zjazd - tym razem bez aut. Jechałem na przedzie, z mapy wiedziałem, że droga prowadząca w dół jest kręta, toteż zjechałem w prostą uliczkę, którą z dala zauważyłem. To było wspaniałe uczucie, trudne do opisania, które nareszcie trwało dłuższą chwilę. Cudownie było pędzić czując wiatr we włosach, a przed oczami mieć widok Beskidu Makowskiego i Żywieckiego. Połączenie dwóch snów...

Zboczenie z głównej drogi odbiło się dodatkowymi kilometrami. Wylądowaliśmy na placu budowy tuż obok rzeki Skawy. Jedyną przeprawą na drugi brzeg był wiadukt kolejowy. Innego wyjścia nie było. Jedna nitka torów nie zwiastowała śmierci pod pociągiem więc wjechaliśmy na most. Było to ciekawe przeżycie, gdyż między deskami były szczeliny, przez które było widać rzekę.

Wiadukt wytrzymał nasz ciężar i po przejechaniu go znaleźliśmy się w Skawcach. Byliśmy skazani na jazdę krajową "28". W Tarnawie minęliśmy słynny już na całą Małopolskę drogowy wiadukt, który ścina dosyć ostry i niebezpieczny zakręt znajdujący się w tym rejonie. Dzieło budowlańców stoi tam już wiele, wiele miesięcy jednak wciąż nie jest oddane do użytku.

Teraz mieliśmy do wyboru dwie opcje. Albo jechać główną drogą prosto do Suchej albo też zrobić kółeczko jadąc przez Zembrzyce. Wciąż było nam mało przygód więc wybraliśmy opcję drugą. W Zembrzycach wróciliśmy na nasz szlak, który później prowadził kamienistą ścieżką nieopodal rzeki. Po wjechaniu w zagajnik przy próbie wjechania na nagłe sztywne wzniesienie spadł mi łańcuch. Jakby tego było mało dzień wcześniej smarowałem łańcuch toteż po paru chwilach moje palce było czarne jak węgiel. Zrobiło się też bardziej błotniście a stromizna wymusiła zejście z roweru i pchanie go pod górę. Okazało się, że wylądowaliśmy ponad 100 metrów nad poziomem rzeki. W dole widzieliśmy także szosę, którą łatwiutko moglibyśmy dojechać do Suchej. Mimo wszystko wybraliśmy tę męczarnię. Zjazd odbywał się wąziutkimi uliczkami, po czym w końcu dojechaliśmy do wąskiej kładki. Trzecia przeprawa przez Skawę zakończyła się sukcesem. Znaleźliśmy się w Suchej Beskidzkiej, która także ma do zaoferowania ciekawe zabytki.

Warto zajrzeć przede wszystkim do zamku, który niegdyś był siedzibą tzw. klucza suskiego. Po przebudowie w 1614 r. nadano mu wygląd okazałej magnackiej rezydencji renesansowej. Najbardziej charakterystycznymi elementami zamku są cztery naroże wieże oraz dziedziniec zamknięty dwoma skrzydłami z piętrowymi krużgankami arkadowymi. We wnętrzu znajduje się Muzeum Ziemi Suskiej wraz z ekspozycją, Miejski Ośrodek Kultury, Wyższa Szkoła Turystyki i Rekreacji, restauracja oraz hotel.

1-3) zamek w Suchej Beskidzkiej

Ponadto, do zamku przylega rozległy park z ciekawą oranżerią. Znajduje się tam mnóstwo ławeczek, na których można spocząć, piękny staw z rybkami i bujną roślinnością, a także stary zabytkowy mostek. Tworzy to piękny obraz.

1-11) pejzaże z Parku Zamkowego
Po dłuższym odpoczynku przejechaliśmy miasto, gdzie zatrzymaliśmy się jeszcze przy drewnianej karczmie "Rzym" z XVIII w., konstrukcji zrębowej, pokrytej gontem z charakterystycznymi pięcioarkadowymi podcieniami. Często łączona jest z legendarnym spotkaniem Pana Twardowskiego z Mefistofelesem opisanym przez A. Mickiewicza.

W nogach mieliśmy już 50 km. Lekko wznosząca się trasa do Stryszawy była tylko zapowiedzią czekającego nas decydującego podejścia. W międzyczasie nieco zdenerwował nas znak zakaz wjazdu i obowiązkowy objazd dla wszelkiego typu pojazdów. Zignorowaliśmy go i po kilkuset metrach okazało się, że nad rzeką Stryszawką budowany jest nowy most. W pierwszej chwili myślałem, że nie będzie przejazdu jednak Sebastian znalazł przejście dla pieszych, którym przejechaliśmy na drugą stronę.

Przy kościele w Stryszawie widniał znak: Przysłop - 5 km. Czyżby miało to być moje najtrudniejsze 5 km w życiu? Od tej chwili skrupulatnie patrzyłem na licznik i odliczałem upływające metry. Minął pierwszy kilometr, a teren zasadniczo się nie zmienił. Droga nadal pięła się łagodnie do góry. Prawdziwa wspinaczka rozpoczęła wraz z ubytkiem zabudowań. Czułem w nogach te 8%, które stopniowo przemieniały się w 9 i 10%. Za serpentynami nastąpiła długa prosta, która była najbardziej męcząca. To było już sztywne 13%, cięższe tym bardziej, iż cały czas widziałem jak wiele wspinaczki jeszcze przede mną. Pot lał się ze mnie strumieniami. Prędkość spadła do 6-7 km/h. Przez dobre kilka minut musiałem bez ustanku stawać na pedałach i kręcić co sił w nogach. Były chwile, kiedy musiałem wykrzyczeć na złość co czuję aby dodać sobie siły. Na końcu prostej był zakręt i od razu przełęcz Przysłop. Nadwyrężyła mnie bardzo ale zdobyłem ją! Mogłem unieść ręce do góry i cieszyć się resztkami sił. Nigdy nie wjechałem na tak znaczną wysokość. Dokładnie 661 m n.p.m. Z Przełęczy można podziwiać okoliczne szczyty wraz z Babią Górą. Niestety przez słabą widoczność my jej nie widzieliśmy. W kontekście nocnej eskapady nieco nas to zmartwiło. Do Zawoi centrum pozostawało już tylko 5 km.

Przysłop zdobyliśmy od tej stromszej strony, a zjazd znów dostarczył wspaniałych wrażeń. Przede wszystkim warto wspomnieć o serii serpentyn. Pokonywałem je z dużą prędkością, składanie w zakręty również dostarczało mnóstwo emocji. Nie mam w takich zjazdach żadnego doświadczenia toteż niekiedy blisko było wypadnięcia z szosy.

Po wielu kilometrach wspinaczki, w końcu udało się! Dojechaliśmy do Zawoi. Teraz już tylko szybki telefon po Tomka, który do nas zjechał. Przy drewnianym kościółku czekaliśmy na niego dobrych kilkanaście minut, co nie zapowiadało końca trasy. Jak wiadomo Zawoja jest najdłuższą miejscowością w Polsce ciągnącą się przez wiele kilometrów. Gdy Tomek przyjechał okazało się, że musimy pokonać jeszcze drugą połowę wsi co nie było takie proste. Droga pięła się wciąż lekko do góry, bez chwili wytchnienia. Mając w nogach już prawie 70 km nie myślałem, że ostatni kilometr przebije wszystkie poprzednie razem wzięte. Aby dojechać do domu Tomka musieliśmy zjechać z głównej drogi. No i zaczęło się... To było tylko 800 metrów, lecz na całej ich długości nachylenie sięgało 12-15%. Zacisnąłem zęby i nie poddałem się. Nogi, a przede wszystkim uda bardzo mnie paliły. Spasowałem dopiero – jak później się okazało – kilkanaście metrów przed domem Tomka. Okazało się też, że w ciągu tego niecałego kilometra pokonaliśmy aż 80 metrów sumy przewyższenia, co oznaczało, że mój rower tak wysoko się jeszcze nigdy nie znajdował. Dumny mogłem być też z pokonania wszystkich podjazdów, co po zsumowaniu dało ponad 30 km solidnej wspinaczki i 1000 metrów sumy przewyższenia. Niewiarygodne dane.


Dzień minął stosunkowo szybko, była to niewątpliwie cudowna przygoda rowerowa z Małopolską w tle. Chciałbym odbywać jak najwięcej takich wypraw.

Za to teraz należało już tylko czekać z niecierpliwością na nocną wyprawę ku Babiej Górze...

Zaś o tym co działo się w nocy, szerzej tutaj --> Wschód Słońca na Babiej Górze

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania =)