23 sierpnia 2011

Czarnohora (Pop Iwan)

Czy budynek obserwatorium meteorologicznego na Kasprowym Wierchu był od zawsze najwyżej usytuowanym budynkiem w Polsce? A może kiedyś w granicach Polski wybudowano coś jeszcze wyżej? Te skądinąd dziwne pytania, wbrew pozorom mają wiele wspólnego z czarnohorskim Popem Iwanem. W retrospekcji ponadto wiele innych ciekawostek historycznych oraz akapit poświęcony samemu Władimirowi Putinowi.

Kraina: Huculszczyzna

Administracyjnie: obwód iwanofrankiwski (zachodnia Ukraina)

Pasmo: Czarnohora (Beskidy Połonińskie)

Trasa: Dzembronia (800 m) Połonina Smotrycz Uchaty Kamień Pohorylec (1763 m) Pop Iwan (2028 m) Pohorylec – Smotrec (1894 m) – Połonina Smotrycz Dzembronia

Suma pokonanych przewyższeń: 1500 m

Pogoda: dobra

Widoczność: dobra

Dziś czekała na nas o wiele dłuższa droga i używam tego stwierdzenia nie tylko dla trasy górskiej ale też dla dystansu jaki musiał pokonać autokar. Niby zaczęło się tak jak wczoraj – znów minęliśmy kompleks skoczni narciarskich w Worochcie. Przy skręcie rzeki Prut na Howerlę, pojechaliśmy drogą regionalną na wprost, a mieszanka asfaltopodobna poprowadziła nas wtedy niemal do Wierchowiny, która leży nad Czarnym Czeremoszem będącym notabene dopływem Prutu. Co ciekawe, tym samym znajdowaliśmy się około 30 km na zachód od Kosowa – ukraińskiego Kosowa rzecz jasna.

Zaatakowanie Popa Iwana wiązało się z użyciem słowa „klucza” – w tym wypadku był to właśnie Czarny Czeremosz. Skręciliśmy zatem w jego dolinę i „popłynęliśmy” w górę rzeki.

Aby zrozumieć dalszy przebieg zdarzeń, odwołam się do ogólnej hydrografii Czarnohory. Warto zacząć właśnie od dolin, którymi poprowadzone są wszelkie drogi dojazdowe. Ich wąskość i głębia są niebywałe, bowiem głębokość największych sięga nawet 500-600 metrów. Co więcej, pomimo tego, że rzeki nie są uregulowane, brak jest zbiorników przeciwpowodziowych. W efekcie, ze względu na niewielką retencję wód opadowych, cieki mają często katastrofalnie wysokie poziomy wód. Takie ekstremalne powodzie zdarzają się niestety regularnie co kilka lat i de facto, nie da się z tym za wiele zrobić.

Ten hydroklimat jest również niebezpieczeństwem dla pasjonatów turystyki kajakowej, bowiem nadzwyczaj rwące rzeki odsłaniają w korytach warstwy fliszu przez co tworzą skalne progi – tzw. porohy. Plusami z kolei są piękne przełomy oraz wodospady, których w okolicy można naliczyć co najmniej kilka.

Wróćmy do retrospekcji. Po wjechaniu w dolinę Czeremoszu, podążaliśmy szutrową drogą, której stan określić można jako tragiczny. Oczywiście można by przeprowadzić remont jednakże prędzej czy później nowiutki asfalt spłynąłby wraz z falą powodziową. Coś czuję, że tak ekstremalnym traktem nasz autokar nie jechał jeszcze nigdy. Niekiedy poruszaliśmy się zaledwie kilka metrów od naprawdę szerokiej rzeki. Oczywiście brak było barierek oraz jakiegokolwiek pobocza, a jedynymi znakami drogowymi były nazwy kolejnych wioseczek. Jechaliśmy z prędkością nie przekraczającą kilkunastu kilometrów na godzinę. Pod kołami pojazdu doskonale wyczuwało się liczne kamienie, które zapewne Czeremosz przywlókł z wyższych partii gór.

Powoli powątpiewaliśmy w dojechanie do Dzembronii. Początkowo podziwialiśmy urok wąskiej i głębokiej doliny jednakże później nasza radość przerodziła się w istny strach. W pewnym momencie droga prowadziła kilkanaście metrów nad nurtem rzeki przez co osoby siedzące od strony Czeremoszu zobaczyły za oknami przerażającą przepaść i ani skraweczka drogi. Wyglądało to tak jakbyśmy zaraz mieli stoczyć się ze zbocza doliny. Takich widoków nie polecam nikomu.

Co gorsza, droga prowadząca raz w górę, a raz w dół zaczęła przechylać się dodatkowo na boki! Pełno było dziur i wybrzuszeń. To już nawet nie był szuter, lecz zwykła ziemia. Od tego mrożącego krew w żyłach traktu nie było odwrotu, ponieważ zawrócenie wiązało się z kąpielą w Czarnym Czeremoszu. Droga zrobiła się już na tyle wąska, że minięcie się dwóch pojazdów wydawało się rzeczą niemożliwą.

Wtem, nastał kulminacyjny moment, w którym arteria stromo obniżała swój pułap. Był to krótki odcinek, jednakże jego stromość można porównać do najostrzejszych fragmentów drogi od ZOO w kierunku ul. Królowej Jadwigi. W tejże chwili z naprzeciwka nadjechał autobus komunikacji lokalnej. Co robić skoro minąć się nie mogliśmy? Postój trwał kilkadziesiąt sekund, które mi minęło jak kilka godzin. Autokar zaczął wycofywać po czym niemal przytulił się do skały. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Swoją drogą widok autobusu na takich wertepach bardzo mnie zdziwił. Widać jednak, że dla tamtejszych mieszkańców – którzy muszą przecież dojeżdżać do szkoły czy pracy – taka infrastruktura to codzienność. Niesamowitym jest też fakt, że – tak na oko zabytkowy – wczesno-radziecki pojazd potrafi od kilkudziesięciu lat skutecznie przejmować rolę i właściwości samochodu terenowego. Jak widać radziecka myśl techniczna nie zna pojęcia usterki czy defektu. Kierowca zaś jest dla mnie istnym hardkorem, o którym w Internecie słowa nie znajdziemy. Dla poprawności dodam, że wewnątrz napotkanego pojazdu, ludzie gnietli się jak sardynki w puszce, a wspominam o tym aby uświadomić niektórym, że „fatalne” warunki komunikacyjne nie są wyłącznie krakowską domeną.

Opuszczenie Czarnego Czeremoszu odebrałem jako pozytywny objaw zbliżania się do celu. Nie wiem jakim cudem ale po niemal 2 h dojechaliśmy do Dzembronii. Wioska składająca się z kilkudziesięciu domostw przywitała nas w miarę słonecznie. Co ciekawe, progi swe odsłonił przed nami tamtejszy sklep, w którym właścicielka całkiem przyzwoicie znała język polski. Każdy mógł więc uzupełnić zapasy.

Mało kiedy zdarza się aby adrenalina osiągała tak wysoki poziom przed wyruszeniem w trasę. Myślę, że każdy zapamięta dolinę Czarnego Czeremoszu, a warto podkreślić, że czekał nas jeszcze powrót tą samą drogą. Mniej więcej o tym, a także o wielu innych tematach gaworzyli uczestnicy podążając polną drogą w kierunku Popa Iwana.


Pierwsza godzina piechurkowania zakończyła się przyjemnym postojem na Połoninie Smotrycz w cieniu samotnego drzewa. Mimo nie najwyższej jeszcze  wysokości mogliśmy podziwiać szereg pasm ukraińskich Karpat. Warto też tym podkreślić, że niższe partie Czarnohory zawierają w sobie mnóstwo polanek będących idealnymi do rozbicia namiotu w czasie wielodniowych wędrówek.


Widokowe polany zastąpił las, w którym trwaliśmy dłuższą chwilę. Następne pejzaże mogliśmy podziwiać w rejonie Uchatego Kamienia, który w rzeczywistości jest wychodnią skalną. Co ciekawe, nazwa nie jest przypadkowa, ponieważ gdy wpatrzymy się dokładniej, dostrzeżemy głowę z wielkim uchem. W tym miejscu nasuwa się oczywiste pytanie dotyczące losu drugiego ucha. Tutaj sprawa nie wygląda już tak przejrzyście. Legendy głoszą, że zostało urwane przez pocisk armatni w czasie I wojny światowej.


Ogólnie rzecz – a raczej teren – biorąc, szlak poprowadził nas w rejon kilkunastu mniejszych bądź większych wychodni skalnych. Korzystając z kolejnego popasu grupy postanowiłem wspiąć się na jedną z nich. To było cudowne uczucie, móc górować nad innymi. O mały włos a zrzuciłby mnie porywisty wiatr!


Dopóki nie opuściliśmy strefy reglowej, odnowiony szlak wiódł nas znakami bez zarzutu. Na jednej z wychodni zauważyłem natomiast kolejne – ledwo widoczne – oznaczenie, jednakże zdziwiła mnie jego wielkość, bowiem była kilkunastokrotnie większa od standardowej. Okazało się, że znak ten ma już kilkadziesiąt lat, ponieważ jest on pozostałością oznakowania z czasów ZSRR. Sowieckie szlaki są więc kolejnym elementem historycznym Czarnohory.


Po pokonaniu strefy wychodni skalnych. po raz pierwszy ujrzeliśmy w pełnej krasie Popa Iwana. Pod jednym względem wyróżniał się on od innych szczytów najwyższego grzbietu Ukrainy. Coś na nim było. Z daleka wyglądało to na jakiś budynek, może ruiny. Z pewnością pasjonuje was ta zagadka, toteż nie czekajmy tylko ruszajmy w dalszą drogę szukać kolejnych przygód.


Dzięki minięciu przełęczy Pohorylec znaleźliśmy się na głównym grzbiecie. Droga wydawała się zatem prosta jak drut. Charakterystyczny szczyt z budynkiem znajdował się już całkiem blisko choć było to tylko iluzoryczne wrażenie. Warto było przyspieszyć kroku, bowiem nad Popem Iwanem zaczęły gromadzić się niepokojące, szare chmury. Myślę, że gdyby szczyt nazywał się Władimir Putin to nie musielibyśmy się martwić o aurę. Wszak rosyjskiego monarchy boją się wszyscy wraz z panią ulewą i panem burzą, a i przecież widoki na dalszą władzę ma tak fantastycznie, że automatycznie równie fantastyczne widoki moglibyśmy podziwiać z wierzchołka jego góry. Cudów jednak nie ma, toteż musieliśmy zaakceptować warunki jakie zaserwował nam Pop Iwan.

1 i 5) Pop Iwan z ruinami obserwatorium, 3-4) szlak prowadzący głównym grzbietem Czarnohory
Zbliżając się już do szczytu ujrzałem charakterystyczny stożek pokryty wielkimi kamieniami, a na nim słupek z drogowskazami. Skuszony ciekawością, odbiłem od głównej ścieżki aby zbadać sprawę dokładniej. Spora część liter była niestety oderwana przez co drogowskaz był nieczytelny. To z kolei była pozostałość oznakowania w obwodzie zakarpackim choć nie wiem do końca czy słowo pozostałość jest tutaj dobre, ponieważ trasy były wyznaczane nie dalej jak 8 lat temu. Co ciekawe, w tym wypadku opierano się na szwajcarskiej szkole znakarskiej. Szlaki posiadają jednolity żółty kolor i różnią się jedynie numeracją. Znaki pojawiające się raz na kilka kilometrów nie stanowią jednak komfortu dla przeciętnego turysty.

Mniej więcej po godzinie 14. ogarnęła mnie przyjemność szczytowania na trzecim najwyższym szczycie Ukrainy mającym aż 2028 metrów. Liczba ta jest ważna w kontekście najbliższych zdań. Czas zatem rozwiązać kilka pytań i wątpliwości. Zagadkowym budynkiem na szczycie Popa Iwana są ruiny Obserwatorium Astronomiczno-Meteorologicznego nazywanego potocznie Białym Słoniem.


Niezwykle ciekawie przedstawia się historia tego obiektu. Otóż kamień węgielny pod jego budowę położono latem 1936 roku, a budynek uroczyście otwarto 29 lipca 1938 roku. Budowa kosztowała milion ówczesnych złotych. Obserwatorium wzniesiono z miejscowego piaskowca i wyobraźcie sobie, że wszelkie materiały zostały przetransportowane na koniach huculskich i plecach ludzi. Biorąc pod uwagę wysokość szczytu wybudowanie takiego kolosa jest rzeczą niebywałą.

Idąc dalej za Wikipedią dowiadujemy się, że budynek wzorowany był architektonicznie na zamku w Przemyślu i miał kształt litery L z dołączoną wieżą, 5 pięter, 43 pomieszczenia i 57 okien. Była to filia Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Budynek pełnił funkcję obserwatorium astronomicznego oraz meteorologicznego - głównie dla celów lotnictwa. Wyposażone było w nowoczesny sprzęt m.in. astrograf oraz refraktor. Oprócz prowadzących badania astronomów i meteorologów w budynku zamieszkiwali również żołnierze placówki Korpusu Ochrony Pogranicza.

Teraz pytania zawarte we wstępie przestały budzić już wątpliwości. Przez 14 miesięcy Obserwatorium było więc najwyżej położonym – stale zamieszkanym – budynkiem w granicach Polski. Po agresji sowieckiej 18 września 1939 roku personel zdemontował najcenniejsze urządzenia, opuścił budynek i udał się na Zakarpacie (wtedy w granicach Węgier).

W. Miodowicz (kierownik obserwatorium) tak wspomina ostatnie chwile pobytu w Czarnohorze: 
Dzień 17 września, dżdżysty i przenikliwy aż do południa, zakończył chyba najpiękniejszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek oglądałem z grani Czarnohory. Strzępki mgiełek drgały nad północnymi dolinami, a liliowa zorza długo paliła się na stokach Ineula. W zapadającym mroku podszedł do mnie przodownik Straży Granicznej i powiadomił, że na otrzymany przed chwilą rozkaz mają opuścić Obserwatorium, udając się ku Uścierykom i granicy rumuńskiej. (…)
Chmury zagarnęły Czarnohorę ponownie i pozostaliśmy sami. Telefon milczał, a noc schodziła na pakowaniu. Świt wstał deszczowy i blady, i tylko tu i ówdzie odsłaniały się fragmenty dolin. Wiadomości radiowe podawane przez zagraniczne stacje nie pozostawiały wątpliwości. Po wspólnie spożytym posiłku rozebrałem radiotelefon i wyniósłszy na dziedziniec rozbijałem jego części młotem, zgodnie z posiadanymi rozkazami. Patrząc jak w trzaski rozlatywały się lampy, przetworniki, kondensatory i różne cudeńka, Huculi czekający obok z jucznymi końmi trącali się łokciami, szepcząc: Wże kineć! (Już koniec). (…)
Gdy po kilku godzinach obejrzeliśmy się u górnej granicy lasów po raz ostatni, gdzieś w podniebiu wyłoniła się z przewalających się grzbietem mgieł wysmukła wieża, na którą kładły się ostatnie promienie zachodzącego nad Marmaroszą słońca.
Obiekt zajęty przez sowietów w końcu września 1939 roku służył jako stacja meteorologiczna, później Niemcy przekazali budynek wojsku węgierskiemu, które stacjonowało tu do końca 1941 roku. Następnie, stopniowo rozkradziono całe wyposażenie i doprowadzono go do stanu ruiny, jaką mogłem zaobserwować dokładnie 70 lat po opuszczeniu tego miejsca przez wojska węgierskie.

Muszę przyznać – widok niecodzienny. Mimo upływu lat budynek wciąż solidnie opiera się na fundamentach. Wchodząc do środka zobaczymy trochę gruzu i śmieci. Schody zaprowadzą nas na drugie piętro zaś odważniejsi wdrapią się jeszcze wyżej – na taras widokowy, z którego roztaczają się fantastyczne widoki.


Hm, właśnie – widoki! Mimo, że mało o nich wspominałem to nie oznacza tego, iż ich nie było. Wprost przeciwnie! Połoniny zaczęły towarzyszyć nam na stałe już od rejonów Uchatego Kamienia. Dalej było więc tylko wspanialej. Siłą rzeczy zastane pejzaże były w pewnym stopniu podobne do tych zaznanych dnia wczorajszego. Wszak znajdowaliśmy się ponownie w Czarnohorze – tylko, że po jej drugiej stronie. Idąc głównym grzbietem, po pokonaniu ok. 15 km dotarlibyśmy do Howerli.

1-8) pejzaże widziane ze szczytu Popa Iwana
Warto podkreślić, że powietrze nie było już tak przejrzyste jak wczoraj, toteż relatywnie obszar pejzaży uległ pomniejszeniu. Nie mam jednak na co wybrzydzać, ponieważ i tak ujrzałem mnóstwo wierzchołków w promieniu kilkudziesięciu kilometrów czego najlepszym dowodem są zdjęcia.

1-9) pejzaże widziane ze szczytu Popa Iwana
Kolejna nurtująca sprawa. Dlaczego Pop Iwan? Niestety związek znaczeniowy jest tutaj trudny do określenia, zwłaszcza że w pobliskich Górach Marmaroskich mamy drugiego Popa Iwana. Być może nazwa nawiązuje do kształtu góry. Istnieje kilka ludowych wyjaśnień. Jedna mówi, że na szczycie była dawniej skała, która swoim kształtem przypominał mnicha w szacie. Inne opowiadają o popie, który został tu porażony piorunem, lub też przeprowadzał tędy wojska carskie na Węgry w 1849 roku.

Tak jak w przypadku Howerli szczyt znajduje na granicy obwodu iwanofrankiwskiego oraz zakarpackiego. Przebiegała tędy również granica polsko-czechosłowacka w okresie międzywojennym i właśnie na tym fakcie historycznym pragnę się teraz skupić. Od kiedy wkroczyliśmy na główny grzbiet Czarnohory moją uwagę przykuwała jeszcze jedna rzecz. Otóż nagle z ziemi zaczęły wyłaniać się tajemnicze słupki. Gdy ujrzałem je po raz pierwszy – zacząłem się zastanawiać. Przecież Ukraina nie wyznacza w ten sposób granic poszczególnych obwodów – skąd więc się tam wzięły? Podchodzę do jednego z nich i widzę z jednej strony literę P zaś z drugiej CS. A no tak! Polska i Czechosłowacja – to przecież tędy przebiegała granica. Najciekawszym w tym wszystkim jest upływ czasu. Niektóre słupki graniczne miały nawet 90 lat i wciąż zachowane są w dobrym stanie.

2) Słupek graniczny z dwudziestolecia międzywojennego
Pomyślałem sobie w tamtym momencie o sensie II wojny światowej. Gdyby nie ta rzeź to mielibyśmy niemal całe Karpaty Wschodnie, a w nich kilkadziesiąt schronisk oraz piękne obserwatorium na Popie Iwanie. Czasu jednak nie cofniemy.

No cóż, refleksje odłóżmy na bok, rozkoszujmy się więc wspaniałymi panoramami. Człowiek mógłby obejść całe obserwatorium dookoła, patrzyć, podziwiać i choć wydawałoby się, że zajmuje to chwilkę to ni stąd ni zowąd nagle mija cała godzina. Właśnie w takim stopniu potrafią pochłonąć czarnohorskie pejzaże.

Warte odnotowania są również dwie sprawy. Po pierwsze wniesienie przez dwójkę uczestników arbuza. Na Popie Iwanie podzielili się oni z resztą, dzięki czemu mieliśmy prawdziwą ucztę. Po drugie, Pop Iwan stał się najdalej położonym wierzchołkiem (w linii prostej od Krakowa), na którym dane mi było szczytować. Odległość ta wyniosła dokładnie 409 km.


Droga powrotna odbyła się w większej części tą samą drogą choć nie do końca. Na przełęczy Pohorylec odbiliśmy w kierunku pobliskiej górki, o której zaraz wspomnę kilka słów. Swoją drogą nazwa przełęczy oznacza spalony las bądź miejsce, gdzie wypalano las. Należy też wspomnieć o ruinach schroniska turystycznego znajdującego się tuż pod przełęczą. Dziś jego fundamenty ledwo wystają z kosówki.


Wspinaliśmy się na szczyt o nazwie Smotrec. Jak widać o niemal każdym miejscu w Czarnohorze można opowiedzieć jakąś ciekawostkę bądź przytoczyć równie interesujący fakt historyczny. Nie inaczej jest ze Smotrecem. Otóż podchodząc pod górę, zauważyłem na ziemi długie zwoje drutu kolczastego. Tak na chłopski rozum trudno wyjaśnić skąd coś takiego wzięło się w takim miejscu. Z odpowiedzią przychodzi nam historia:

W czasie I wojny światowej Czarnohora stała się areną walk prowadzonych przez wojska austriackie w obronie linii Karpat, którą usiłowali sforsować Rosjanie. Po stronie Austriaków w walkach tych brały udział polskie i ukraińskie ochotnicze formacje wojskowe (Legiony Polskie, Ukraińscy Strzelcy Siczowi) – jedni i drudzy z pokonaniem Rosjan wiązali nadzieje na niepodległość. Ciężkie boje toczono m. in. we wrześniu 1916 r. kiedy Rosjanie uderzyli na główny grzbiet Czarnohory. Jedna z walk stoczyła się właśnie w okolicach Smotreca czego dowodem jest wspomniany drut kolczasty oraz linie okopów zaś w innych miejscach Czarnohory napotkamy sporo cmentarzy wojskowych.


Na szczycie otrzymałem kolejną porcję niezapomnianych widoków. Mam tu na myśli majestatyczne, ciągnące się dumnie pasmo Czarnohory. Odwracając się do tyłu nie dało się nie zauważyć Gorganów, Beskidów Pokucko-Bukowińskich oraz Połonin Hryniawskich. Te ostatnie znajdują się w widłach Białego oraz Czarnego Czeremoszu. Myślę, że nie muszę już opisywać swojego ogromnego szczęścia spowodowanego przebiegiem dnia. Dodam tylko, że po wielu miesiącach pozostała głównie ta radość natomiast wtedy szczęście mieszało się ze sporym zmęczeniem i walką z własnymi słabościami.


Zejście ze Smotreca odbyło się już w towarzystwie kosodrzewiny oraz kolejnych wychodni skalnych. Jako, że trzymałem się ogona grupy, nie mogłem pozwolić sobie na kolejne zdobywanie tych imponujących formacji geologicznych.


Kolejnym punktem na naszej trasie była Połonina Smotrycz, która od wieków związana jest z pasterstwem, będącym niegdyś głównym zajęciem Hucułów. Warto podkreślić, że tu i na wielu innych połoninach, co roku, w sezonie letnim pasą się owce oraz bydło pochodzące nie tylko ze wsi położonych u podnóży Czarnohory ale także z odległych miejscowości Huculszczyzny, z rejonu Rachowa czy Kosowa. W przeszłości stan pogłowia owiec mógł sięgać na Huculszczyźnie nawet 200 tys. sztuk. Oczywiście w teraźniejszych czasach, sytuacja wygląda zgoła inaczej. Dziś bowiem, w większości przypadków nie wyrabia się już serów, ograniczając się do cotygodniowego transportu mleka do wsi.

Na wspomnianej już Połoninie ujrzeliśmy sporo bydła beztrosko skubiącego sobie trawkę. Całym tym przedsiębiorstwem opiekował się pasterz, który nawet proponował nam swoje wyroby. Oczywiście ktoś trudniący się takim zajęciem musi mieć gdzie odpoczywać. Tutaj zmierzamy to kolejnego charakterystycznego elementu Czarnohory – tzw. staji. Staja to huculskie określenie szałasu mieszkalnego, w którym podczas letniego wypasu owiec lub bydła, wyrabia się sery. W szałasie takim przez cały sezon pali się watra. Zwykle staja jest dwuizbowa i dzieli się na watarnyk (pomieszczenie mieszkalne z paleniskiem) oraz na komarnyk (komorę do przechowywania serów). W ich pobliżu zazwyczaj znajdziemy wodę niezbędną do prawidłowego funkcjonowania gospodarstwa.

Przechodząc przez gospodarstwo zaznajomiliśmy się z krówkami aczkolwiek należało uważać aby nie wdepnąć w ich miny/placki. To wszystko odbywało się w przepięknej scenerii natury przez co człowiek odnosi wrażenie, jakby przeniósł się do zupełnie innej epoki.


Drogą polną zeszliśmy do Dzembronii, gdzie niemal każdy postanowił uzupełnić braki wody w sklepie. Ponownie hitem okazało się piwo, które wydawało się idealną nagrodą za trud włożony w zdobycie Popa Iwana. Teraz już tylko pozostawało wsiąść do autokaru i najlepiej zamknąć oczy aby nie widzieć zagrożenia jakie czyhało przy Czarnym Czeremoszu.

Największe chwile grozy przeżyliśmy jednak przy wyjeździe z Dzembronii. Przed mostem wiodącym nad potokiem o tej samej nazwie, nasz autokar zatrzymał się. Każdy musiał opuścić pojazd, ponieważ kierowca nie chciał ryzykować naszym życiem. Problem tkwił właśnie w przeprawie na drugą stronę rzeki, bowiem to nie było most tylko pozabijana dechami kładka. Pełna dziur i szpar skrzypiała pod wpływem każdego kroku. Co więcej jedno z jej przęseł zostało prawdopodobnie urwane przez nurt rzeki bowiem dziwnym trafem na połowie długości przeprawy nie było ani jednej podpory. Kilkanaście metrów obok zobaczyłem już solidne betonowe przęsła jednakże znając ukraińskie realna, most ten powstanie dopiero za kilka lat.

1) budowa nowego mostu w "proszku", 2-3) most w Dzembronii
Gdy wszyscy byli już po drugiej stronie, włączone zostały aparaty a wszelkie oddechy wstrzymane. Autokar ruszył. Deski pod jego kołami niebezpiecznie się uginały jednakże do żadnego wypadku nie doszło. Wszyscy odetchnęli z ulgą i jednocześnie zaczęli bić brawo kierowcy za odwagę. Po następnych dwóch godzinach mogliśmy świętować szczęśliwy powrót w pensjonacie.


Jeżeli jednak myślicie, że był to koniec emocji to jesteście w grubym błędzie. Wieczór minął bowiem pod znakiem sportowego wyczekiwania oraz nadziei. Czy kibice piłkarscy pamiętają co wydarzyło się 23 sierpnia 2011 r.? W związku z tym jakże ważnym wydarzeniem, które przypadło akurat na wyjazd na Ukrainę, wziąłem laptopa, ponieważ Internet podpowiedział mi, że większość ośrodków w Polanicy posiada takie cudeńko jak Wi-Fi. W naszym ośrodku ta nowinka technologiczna również była obecna, jednakże obsługa nie potrafiła nam podać hasła przez co cały plan spalił na panewce.

Nie było mi dane obejrzeć meczu Wisły z Apoelem. Jedynym wyjściem pozostawały polskie rozgłośnie radiowe, których sygnał dochodził dzięki telewizji satelitarnej. Wybór był szczególnie okrojony, toteż jako krakus, z trudem włączyłem warszawskie radio zet. Polskiego radia ani rozgłośni z kopca Kościuszki fale eteru już nie wyłapały. Dzięki uprzednim prośbom, otrzymywałem smsy od znajomej z Polski z informacjami na temat przebiegu spotkania. Nie zapomnę zwłaszcza takiego jednego mówiącego o tym, że Wiślacy oddychają już rękawami, a przecież nie było wtedy nawet połowy I połowy! Pamiętam głos spikera, który odzywał się raz na 15-20 minut co było niezwykle irytujące. Zrobiło się jeden do zera, a potem już dwa do zera. Nadzieje pozostawały choć były coraz mniejsze, bowiem czas upływał na korzyść drużyny cypryjskiej.

Aż wreszcie, nie zapomnę jednej chwili kiedy po kilku następnych piosenkach, głos ponownie zabrał spiker. Jego barwa wydawała się radosna i uśmiechnięta, toteż zwiastowało to dobre wieści. Zaczął mówić coś w stylu: proszę państwa, w tej chwili Wisła jest w fazie grupowej Ligi… - nagle przerwał i już nie dokończył. Po dwóch sekundach wymownej ciszy z ciężarem w sercu i bólem w głosie, dodał: już nie jest. Wypowiedziane to zostało w 87 minucie meczu – 3:1 dla Apoelu. Koniec meczu i koniec marzeń.

Myślę, że nie muszę opisywać, co wtedy czułem. Szczerze mówiąc, nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Mogłem zaledwie usiąść na skraju łóżka, zacisnąć mocno pięść i smętnie opuścić głowę w dół.

Ostatnio Apoel awansował do ¼ finału Ligi Mistrzów. Wisła trafiła więc na najtrudniejszego rywala na jakiego mogła. Mam nadzieję, że Cypryjczycy zajdą w tych rozgrywkach jak najdalej. Istotnie, wielce sobie na to zasłużyli.

Jak widać, była to jedna z dłuższych retrospekcji, jednakże jak sami zauważyliście, przygód doświadczyłem całe mnóstwo. O kolejnych ukraińskich podbojach dowiecie się już teraz pod linkiem --> Czarnohora (Pietros)

1 komentarz:

  1. Dziękuję.
    Popa Iwana zdobywałam od strony Zawolei i Zaroślaka, dwa lata po Tobie. Część trasy nam się pokrywała i czytając miałam przed oczami tamte widoki.
    Dziękuję.
    Dziękuję za przywołanie tamtych chwil. Ale także za wszystkie dodatkowe informacje, których wyszukaniu trzeba poświęcić sporo czasu - o nazwie połonin, o nazwie samego Popa, o huculskim nazewnictwie.
    Wielu chwil wzruszeń życzę na kolejnych szlakach.
    dakOta

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do komentowania =)